Zaszyfrowany cholesterol

Jakieś głupki w białych dżinsach dostały korby na skrzyżowaniu na Wolskiej i wyleciały ze swojego kabrioleta wyjaśniać grubcia w suvie. Stalem obok na motocyklu i mi się grubaska żal zrobiło, bo może i faktycznie trochę wymusił, ale nie jakoś strasznie i na pewno nie zasługiwał na łomot na środku ulicy od trzech kolesi w białych kurwa dżinsach. Zanim się rozpakowałem z tego swojego majdanu i zdjąłem kask, to już go dość mocno poturbowali, więc w zasadzie ze startu wydarłem mordę, żeby spierdalali, bo chyba ich trochę jednak poniosło. Zadziałało jakby ktoś wiadro wody wylał na psy, bowiem od razu odskoczyli od kierowcy suwa i przerzucili uwagę na mnie. Pewnie skończyłoby się jak zwykle na hukach, ale jeden chyba dawno nie miał dziewczyny i potrzebował wyemitować testosteron, przekraczając granicę, za którą się nie wchodzi. Wyjebałem mu kaskiem w sagan i się mleko rozlało, nagle ja i grubcio byliśmy w jednej bandzie, ale przynajmniej proporcje się zgadzały, dwóch na dwóch. W sumie nie oberwałem jakoś za mocno, bo większość ciosów przyjąłem na ochraniacze, za to mój pyzaty sprzymierzeniec parę bomb ryjem zablokował. Wypadki potoczyły się szybko, zanim się zorientowałem zrobił się tłum, zaczęli nas rozdzielać, ktoś wezwał policję i w zasadzie koniec imprezy. Już po wszystkim usiadłem z grubciem na chodniku, chwilę pogadaliśmy, ów poczuł się w rewanżu i z portfela Lui Witą wyciągnął wizytówkę i zaprosił mnie na party full opcja dla znajomych królika, taką ze wstępem tylko na specjalne hasło. Pojechałem. To co zdarzyło się w Vegas zostaje w Vegas.

***

Niektóre teksty mają swój unikalny kod, coś jak to specjalne hasło na imprezę od grubcia. Są hermetyczne, bowiem narracja i język tworzą świat zrozumiały w całości tylko dla tych, którzy znają skróty i specyficzną sieć semantyczną. Pozostali muszą użyć wyobraźni.

***

Spięliśmy się na światłach. W kaskach wszyscy wyglądają tak samo, więc gość był w nieokreślonym wieku, a gabarytem nie wychylał się za bardzo poza skalę. Ale doleciał tym swoim rozpierdziafonem i od razu zaczął mnie wkurwiać, jakoś średnio mi po drodze ze szlifierkami – motocykl to nie ma być samolot, tym się podróżuje a nie zapierdala na limicie sprzętu. Spojrzalem co on tam w tym swoim piecyku ma, zwykła sześćsetpięćdziesiątka, luz, mój literek powinien go pochłonąć na miętowo, nawet się nie spoci. Pomarańczowe-zielone, manetka w dół i wyjebało mnie jak z katapulty, nawet nie zauważyłem jak śmignąlem nad wiaduktem, trzy-cztery, ciągle ogień, rzut oka w lusterko nigdzie go nie ma, adrenalina wyostrza wszystko, nie dźwignął różnicy w mocach. No to paka pięćdziesiąt na budziku i świat zmienia się w tunel, ale po dwudziestu sekundach na ścieżce zrobiło się ciaśniutko, jakiś tysiąc aut w trzech sznurach nakurwiał na długi weekend, więc każda zmiana pasa to tetris. I wtedy, kompletnie znikąd, przeleciał obok mnie ten koleś z poprzednich świateł, na tej swojej wyjącej szlifierce, i do tego na gumie! Zatkało mnie, musiał mieć conajmniej siedem dych na szafie i postawił motka dęba na jedno koło i zapierdalał pomiędzy samochodami jakby był klaunem na monocyklu.

Obaj zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na końcu ścieżki. Z tej swojej sześćsetpiędździesiątki schodził jakoś tak wolno i pokracznie, ale korki mi wywaliło dopiero jak zdjął kask – koleś był starszy niż Hanka Bielicka, miał rzadziutkie włosy, siwiuteńkie wąsy i endoproptezę biodra. Kompletnie nie spodziewałem się zobaczyć za sterami sześćsetpięćdziesiątki pradziadka gościa, który wynalazł benzynę, czerstwego jak wojskowy pumpernikiel. Szeroki uśmiech odejmował mu cyfry z peselu, chyba ucieszył się na widok mojej leżącej na ziemi szczęki, bo puścił zawadiacko oko i mruknął, że jeździ na tyle szybko, że przestał się przejmować swoim cholesterolem.