Zegarek

Mariusz nie był w ciemię bity. Od 11 miesięcy w Warszawie i ani raz nie pomyślał o powrocie pod Sieradz, mimo, że te kilka tygodni na początku, które przemieszkał nad Wietnamczykami, w pokoju na Pradze, nie było łatwe. Tak czy siak, Mariusz w Sieradzu się wyróżniał, stopnie miał, w wakacje trochę w Anglii był i coś tam dukał po szekspirowemu, to i, po trudnych początkach w stolicy, wyhaczył robotę w Dużej Firmie, co komputery składała i z powrotem do podSieradza się nie wybierał.  Zastępca pomocnika koordynatora ds. pierwszych kontaktów z klientem to nie w kij pierdział fucha, Mariusz czuł, że teraz nie popuści i w ciągu najbliższych 90 lat przeskoczy owego pomocnika i dostanie telefon służbowy, a kto wie, może i biurko.
Duża Firma rok wcześniej jebnęła wynik-marzenie, ludzie kupowali od niej sprzęt na potęgę, więc Właściciel, gość z listy „Wprost”, się szarpnął i zrobił dla towarzystwa imprezę integracyjną, taką z konikami i quadami i w ogóle wszystkiego pod korek, a do tego w ciepłym kraju. Wyjadacze, które zrobiły wynik, miały dostać po limitowanym zegarku, a młode, w tym nasz bohater, miały tym asom-od-wyniku masować plecy, organizować czas i to i tamto i w ogóle.
Mariusz, który trochę już wielkiego świata liznął, w hotelu zwariował, bo zamiast klucza dostał kartę, która rozwierała wszystkie drzwi na wyjadaczowym piętrze i dzięki niej mógł lizać świat dalej. Tak naprawdę jego głównym zadaniem przez cały pobyt  było zapewnienie ciągiem gorzały w każdym pokoju, a rano posprzątanie tego całego majdanu i zebranie zwłok do kupy, żeby na śniadaniu, Właściciel Firmy ze świtą w postaci Żony, Córek i Reszty Rodziny Zajmującej Kluczowe Stanowiska W Dużej Firmie, mógł wykąpać się w zachwycie podwładnych, jaki to cudowny wyjazd im uczynił i jakim jest Królem Słońce.
Dziarski sieradzanin, na czas wyjazdu ochrzczony przez najebanych współpasażerów samolotu, nie wiedzieć czemu, Filemonem, do swoich obowiązków podszedł niezwykle poważnie i nie przyjął w trzewia nawet pół promila, w przeciwieństwie do wszystkich, absolutnie wszystkich, w tym owczarka i koni, które rzeczony wyjazd umilały.
Po zapierdolu-przez-cały-dzień, Mariusz aka Filemon poczuł, że rezerwa mu się świeci i zamówił w patio miejscową kawę, z prośbą, by mocna była, bo coś oklapł był i gaśnie. Wypił, odchrząknął, podziękował i wyruszył w tour de pokoje, coby uzupełnić alkohol, w czasie, gdy towarzystwo poluje na lisa-czy-co-tam-teraz-te-bogate-pojeby-robią.
Gdy był na górze, zadziałała kawa i nasz zastępca pomocnika infolinii poczuł, że natury nie oszuka i albo natychmiast odczepi wagoniki, albo piętro trzeba będzie objąć półroczną kwarantanną z udziałem Czerwonego Krzyża i jakiejś agendy ONZ do spraw broni biologicznej. Żartów nie było, Mariusz-Filemon wbił do pierwszego apartamentu pod ręką, dziękując po drodze opatrzności za kartę-sezamie-otwórz-się i dokonał zuchwałego abordażu na kibel.
Gdy tak sobie siedział i kontemplował proces defekacji, z ulgą konstatując, że „poooszłooo w pion!”, nagle usłyszał, że do apartamentu cicho weszły jakieś osoby i dziwnie stękają, sapią i w ogóle coś jest nie tak. „Skarwiensyny jakieś na szaber przyszły i coś wynoszą!” przemknęło przez mariuszową głowę i postawiło w stan gotowości bojowej. Po krótkim przeanalizowaniu możliwości, Filemon postanowił nie bawić się w subtelności, tylko, jak Sylwester Stallone w „Tango & Cash”, wleźć na rympał i zostać Bohaterem Dużej Firmy Który Ryzykując Życie Przeciwdziałał Złu i Obronił Precjoza (w tym legendarne limitowane zegarki po pińcet milionów sztuka). Jak pomyślał, tak uczynił – wypadł z głośnym krzykiem z kibla wprost na Właściciela Firmy dymającego Głównego Wyjadacza na Polskę.
***
Mariusz, obecnie Mario, o czym było na wstępie, nie był w ciemię bity. Obecnie jest zastępcą dyrektora jednej z filii Dużej Firmy, ma własny samochód i limitowany zegarek.

  • no ładnie!

  • Marta Siwińska

    Boskie!