Będzie dobrze

Tym razem trochę osobiście. Zakopane w kompie przed rokiem, teraz wygrzebane łyżką do butów, surowe, bez poprawek.

Siadłem sobie na ławce i na chwilę, zanim będę dalej i dalej, zatopiłem się w swoich myślach, tak bezwiednie, z rozdziawioną buzią i szklanymi oczami. Z wyglądu trochę genialny debil. Ten od Aspergera. Trudno.
Mała dygresja, gwoli wyjaśnienia – przestrzeń wokół siebie postrzegam często jako zbiór fleszy, które co jakiś czas, z opóźnionym zapłonem, rażą mnie, od wewnątrz, błyskiem przypomnienia. Najczęściej wpadają do mojej głowy znikąd – błysk – i już ich nie ma, tylko ślad jakiś rozmyty, z niewyraźnym wrażeniem w tle. Nauczyłem się ufać owym doznaniom z tego „fleszowania” i tropić rozmaite wątki, kolekcjonując towarzyszące śledzeniu odczucia. To często bywa rozwijające łamane na inspirujące. A zatem:

B ł y s k –

…ale myślę, że w szczerym stawaniu naprzeciw tkwi wielkość relacji, gdy nie towarzyszą temu salwy z okopu-do-okopu, pocisk za pocisk.

Utonąłem w kleszczach szarpaniny, w wielu związkach, rany, czasem sam się zastanawiam ile tego było. Przełaziłem przez dwa krańce kontinuum fascynacja – rozczarowanie wielokrotnie, jak Czerwony Beret przez pole minowe w Wietnamie – walka na ilość zranień, argumenty z jednej i drugiej strony, przypominające nie słowa, tylko naloty dywanowe na Drezno (kto czytał Vonneguta, ten wie), udowadnianie, że nie jest się wielbłądem, który ma dwa garby, fortepianem bez białych, czy słoniem z jednym kłem bardziej. Do tego łamane kręgosłupy, których trzask było słychać w stratosferze, a potem tylko ta lodowata ściana z pokurczonym, zdeformowanym, zamrożonym wnętrzem, za którym równie lodowata cisza. Pamiętam to, pamiętam, a jakże. I lizanie ran, ciągle jeszcze będąc z kimś w powikłanej relacji, też pamiętam. I „obcość” drugiego też. I ocenianie. Dwa garby. No, kurwa, w punkt.
Wyłaziłem z tego z takim bagażem, że ja pierdolę. Jakby mnie ktoś podłączył pod 220V. Sto razy. Wychechłany, poszarpany, rozdeptany, dużo by można opowiadać – krótko mówiąc „-any” w każdym wymiarze. Z poczuciem na koniec, że mam już dosyć tych randek, srandek, planów, sadzenia się, popisów, wojen, romantycznych gestów na przeprosiny, i wściekłości-takiej-że-zatyka, i oceniania, srania i nie wiadomo co jeszcze. W pewnym momencie poczułem, że ja wszystkich obecnych serdecznie przepraszam, ale ja to pierdolę, ja mam dość, wszystko jedno jak, jak masz mi Halina zawracać dupę tymi wszystkimi pierdołami i mnie katować swoim światem, to weź ty się określ konkretnie, tak czy siak, od razu, na samym początku zagraj w otwarte karty, bo ja już więcej do środka nie przyjmę, rozlecę się, stopię, jak możesz tego nie widzieć?! Nie wyskakuj mi potem z jakąś kompletnie mnie nie interesującą opowieścią „że to wszystko przez…” o przeszłości, albo że nie wiedziałaś, albo że chciałaś się przekonać jak to jest z facetem o gigantycznym siusiaku, albo że przy zmywaniu makijażu zmyłaś przypadkiem osobowość. A potem to już tylko zgliszcza jakieś, krajobraz księżycowy, grzyby poatomowe, co my sobie, do ciężkiej kurwy nędzy, zafundowaliśmy, tak nie można, nie można tak, głucha jesteś?! Głuchy jestem?! Radioaktywni….

Teraz sobie o tym myślę, że to nieuniknione. Że trzeba przez to wszystko przejść, żeby się do samego siebie zbliżyć, trzeba to przejść, żeby poznać siebie w tych kwasach, których byłem autorem, gdy poznawałem, jaki potrafię być mały i bydlę, gdy lepiłem siebie z tych drobnych, pięknych gestów i zatrutych strzał, trzeba przez to przejść, żeby nie chcieć porozumiewać się nomenklaturą rodem z „Plutonu”, gdzie zamiast słów są wybuchy, napalm, gwizdające odłamki raniące jak chińska tortura, żeby wreszcie nie opierać swoich najgłębszych pragnień na sinusoidzie/rollercoasterze, gdzie raz wysoko dotyka się chmur, a sekundę później ryje twarzą po dnie. Żwirem. Wyłożonym żwirem. Dnie.
Skibiński powiedział kiedyś słowa, które jadą po moim wnętrzu jak gwóźdź, bo rysują to tło, które się przez ten cały czas wgrywało – „Te dwa etapy (fascynacja i rozczarowanie) są niejako naturalne. Zaczynają istnieć samorzutnie i są tylko przygrywką, uwerturą do tego, co w życiu człowieka może się zdarzyć naprawdę. Dlatego nie powinny trwać zbyt długo. Etap trzeci, który nazwałbym wewnętrzną determinacją, jest czymś o wiele głębszym niż nastrój czy temperament. Jest to postawa, która polega na powolnym przechodzeniu od emocjonalnych porywów i chwilowych ocen do noszącej cechy trwałości życzliwości, o której wiem ja i ta druga osoba. To ma być życzliwość posunięta do tego stopnia, że nawet znając najciemniejsze strony osoby kochanej, najciemniejsze strony jej życia, jej przeszłości (bo i w to mnie może wtajemniczyć, albo dowiem się przypadkiem, że np. zostałem zdradzony), nie zmienię swojego nastawienia”.
Ja naprawdę tak myślę, sam się zastanawiam, kiedy to się we mnie zmieniło, jak to możliwe, że wszystko wyparowało, przekręcając bieguny. Nie boję się, chociaż się boję jak nie wiem. Łagodność stała się synonimem siły. Zamiast brutalności.
Będzie dobrze.

i   j u ż   g o   n i e   m a