Dzwonek

Odkrywanie, że mam pokrzywione kable na dachu czytaj jestemdebilem to proces – startuję ze wszystkimi, dzień dobry, elegancko, to ja może przyciszę klimatyzację i zamiast po prostu pokręcić pokrętłem i zadać urządzeniu oczekiwaną temperaturę, to po chwili siedzę w kotłowni, bez klucza, bez zasięgu, z jakimś kurwa typem, który zeruje na hejnał dziewiąty browar i sobie zaciesznie bekamy.

Ale do brzegu, bo proces. Poszedłem sobie do knajpki, żeby literkami pozalepiać rzeczywistość i każdą jej nieścisłość. No i tak sobie urzędowałem na pięterku, gapiąc się na filmik „miedź kontra czedar” w którym koleś wylewa wiadro rozpalonej miedzi na gigantyczny ser czedar i to wszystko skwierczy i syczy i hajcuje i tak przez dwadzieścia minut i zdałem sobie sprawę, że ten filmik to taka alegoria, że życie jest właśnie jak ten żółty ser czedar z Francji po kontakcie z wrzącą miedzią. Bo – uwaga, werble – się ciągnie się.

W trakcie wydrapywania kozikiem na knajpianym stoliku powyższej, kipiącej głębią, myśli, moim oczom ukazał się kolunio łudząco podobny do Jacka Łągwy, któren dzierżył był czytnik weryfikujący opłatę do parkomatu i cedził przez sito systemu tych, którzy obejść rzeczony planowali, czyli samochody na nielegalu wrażone w strefę płatnego parkowania. W zbiorze onym poczesne miejsce zajmował mój wehikuł, którym przycupnąłem strategicznie schowany za słup za winklem. Na widok byłego wokalisty Ichtroje z czytnikiem zareagowałem zgodnie z wyposażeniem genetycznym, czylim zerwał się na równe nogi i dawaj po schodach sprintem, żeby spod zetdeemowskiego topora uciec. Niestety, w przypływie adrenaliny, moje pole widzenia uległo stunelowieniemu i nie zauważylem, że u stóp schodów stoi miska z wodą dla czworonogów, toteż wpierdoliłem się w nią z hukiem, który zogniskował natychmiast na mnie uwagę wszystkich obecnych i mimowolnie stałem się Jarosławem Kretem tego miejsca. Co gorsza, oważ miska miała rozmiar 43 i idealnie pasowała do mojego prawego buta, toteż przez chwilę kuśtykałem w metalowej, brzęczącej obuwia obudowie, co wcale nie pomagało w desperackich próbach mimicznego odzyskania anonimowości. Gdzieś przez mgłę dotarło do mnie, że tego typu sytuacje odzierają z godności, a ponieważ w podręczniku dla akwizytorów przeczytałem onegdaj, że pośpiech upokarza, to połączyłem kropki i zanurzyłem swój czas reakcji w kiślu i wszystko wokół stało się homeostatycznie wolne. Nie spiesząc się tedy, zzułem miskę z nogi i, otrzepawszy tęże, godnie ruszyłem ku knajpy pierzejom naprzeciw ZDM-owskim kradziejom. Jednocześnie czułem, że konsekwencje bycia Jarosławem Kretem sięgają dalej, poza obręb obiektu, i wszyscy, literalnie wszyscy w lokalu, patrzą na mnie przez panoramiczne okna.

Ponieważ pojazd zostawiłem po drugiej stronie ulicy, składającej się z czterech pasów, to postanowiłem dotrzeć do niego na skuśkę przez rzeczone pasy, gdyż żesz tak jest najszybciej i najekonomiczniej. Jako, że szeryf z parkometrę miał dystans dwakroć dłuższy, to – pomyślałem chwacko – zdążę jeszcze zagnieść kulebiak i chuja mi zrobi, a skoro już się wszyscy gapita to patrzcieleszczejaksięsystemdyma. Ponieważ ruch zerowy to szerzej niż dalej, zatem z podniesionym czołem, wolno, krokiem defiladowym ruszyłem w kierunku auta.

Mniej więcej w połowie drogi na horyzoncie pojawił się skuter z żarciem i jął się zbliżać w moim kierunku. Jako, że obaj poruszaliśmy się ze zbliżoną prędkością – ja jak żółw po wylewie, a skuter w tempie ślimaka po chyba udarze, to szybko policzyłem, że nasze wektory krzyżują się na środku prawego pasa czyli, że jak odrobinę przyspieszę, to ślimakowi jeno śmignę przed oczyma, że nawet nie zarejestruje. Nie wiem kto siedział za sterami skutersa, ale musiał to być jakiś genialny fizyk, który po fluktuacji ruchu podeszw odczytał moje zamiary. Uruchomił system taws i rozpoczął procedurę przyziemiania, czyli rozczapierzył gicze i jął laczkami trzeć o asfalt, obniżając drastycznie prędkość przelotową z 1km/h do 0,3 km/h. Zdębiałem od przeciążenia – czym prędzej wprowadziłem korektę trajektorii swojego na auto abordażu i wykonałem dynamiczny unik, polegający na płynnym przejściu z suwu w drept i nagłe zatrzymanie, ale Einstein na skuterze w tym samym momencie wykonał manewr uprzedzający i skręcił kierownicę. Spokojnie przeanalizowałem sytuację i z dostępnych alternatyw wybrałem opcję torreador, czyli na palutki i dynamicznie bioderkami w lewo. Niestety, dostawca wpadł na podobny pomysł i po moim szalonym uskoku, mocno popracował nogami, co przerzuciło środek ciężkości w toczącym się z prędkością 0,003km/h skuterku w zgoła nieoczekiwanym kierunku, którego wektor stał się ponownie zbieżny z tym, który obrałem w ramach ewakuacji. Uruchomiłem system szybkiego reagowania i wprowadziłem procedury awaryjne polegające na chaotycznej, nieskoordynowanej kompozycji pląsów z serią nieprzewidywalnych zmian kierunku, ale w procesie niewytłumaczalnej symbiozy, moje dwukołowe alter ego odgadywało w ułamku milisekundy każdy mój niezamiar. Czyli: uciekam w lewo – ni chuja, uciekam w prawo – ni chuja i w końcu wyjebał we mnie na oczach wszystkich, aż mu pizze z nosidła wystrzeliły i nieszczęśliwie wylądowały na szybie kobity parkującej micrę, która podskoczyła we wnętrzu tejże i nogę ze sprzęgła omsknąwszy, elegancko jebnęła w śmietnik.
Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem tylu leżących na ziemi ludzi. Ich śmiech słyszę zasypiając.