Emenemsowa przyszłość

Wchodzę na stół, by zmienić perspektywę. Gdy patrzę pod innym kątem, wydaje mi się, że nie przeciekam i jakiś taki bardziej zebrany w sobie jestem. Gdy zeskakuję, ona zostaje ze mną, umiem już widzieć ponad, szerzej, oryginalniej. Inaczej po prostu. Czasem stołek. Krawężnik. Stanięcie na palcach. Wystarczy.
Milion razy rozbiłem się na milion kawałków zeskakując. I za każdym razem tworzyłem się na nowo. Posklejany. Wola życia – ten ciąg, by setki mikropęknięć uszczelniać i nie tkwić w stanie rozpylenia. Urządzać wnętrze na każdym świadomości piętrze. Równa się – duma.
A teraz właśnie zdobyłem jeden ze swoich ośmiotysięczników. Z jednej strony glukoza dla ego, energetyczny kop z „Mogę!” w tle, a z drugiej – pootwieranych tyle drzwi, że przeciąg rozwiewa papiery z planami. Tyle bym chciał naraz, jak dzieciak w sklepie ze słodyczami, to nic, że potem się wyrzyga, i nigdy więcej, czyli do jutra, nie dotknie emenemsów – najważniejsze jest tuteraz, z tą całą kolorową perspektywą pochłaniania lecących-w-kulki marzeń. Gdy zdobywasz – krawędzie łagodnieją, jest cieplej, bezpieczniej i w ogóle. I tylko ślady na posiekanych do krwi rękach przypominają, że na kilku skalnych półkach wcale nie było tak różowo i czasem ryzykowałeś wszystkim. Pewnie będą piekły, gdy wrócę na dół, ale teraz euforia alpinisty skraca dystans. Fajnie jest przez chwilę widzieć wszystko, dosłowniewszystko. Uśmiecham się i przygotowuję liny. Zaraz wracam do siebie. Dziś jestem Bartkiem-z-miliona-kawałków.