Kapsel

To było z pięć lat temu. Kryzys dopadł mnie paradoksalnie po heroicznej akcji, którą winienem utrwalić na jakimś nośniku dla potomnych i się nim chełpić w chwilach, gdy zepsuje się wentyl w pompce do powiększania członka, czyli gdy przestanę pisać. Krótko mówiąc stanąłem w obronie jakiegoś pyzatego chrupka i potargałem byłem włosy liderowi grupy etnicznej, której rozkwit przypadał na wczesny paleozoik. Niestety, współplemieńcy tegoż niespecjalnie sprawnie poruszali się w obrębie idei barona de Coubertin’a i w chwili, gdy ich przywódca jął znacząco przegrywać na punkty, rozwalili mi łeb jakąś sztachetą i, co gorsza, otrzymałem kopa w okolice danych wrażliwych, który wylogował mnie z rzeczywistości na kilkadziesiąt sekund. Bo w głowę jak oberwiesz to świadomość czasem poturla się pod szafę i wracasz w miarę czysty, ale cios w jaja powoduje, że jesteś świadkiem procesu turlania się wszystkiego co cenne.

I gdy tak sobie leżałem i broczyłem, wjebał mi się na banię pesel z pytaniem, czy zasadziłem syna, zbudowałem drzewo i spłodziłem dom? Bo, kto wie, może potyczka z neardentalami jest trąbką-sygnałówką, że to już, zaraz, i kolejnego haniebnego ataku na genitalia możesz stary nie dźwignąć. Jako że w dziedzinie rozsiewania materiału genetycznego moje ambicje prezentują się nikczemnie, a drzew na planecie trochę jednak zainstalowałem, dziewiczym terenem wydawała się być budowlanka, toteż po kilku tygodniach nabyłem w świętokrzyskim obiekt, wobec którego miałem dalekosiężne plany, wierząc, że oto potomni są świadkami narodzin Gaudiego.

Jako, że obiekt ów pochłonął był wszystkie posiadane nominały, a jego stan znacząco odbiegał od moich iście królewskich naonczas aspiracji, postanowiłem wyrównać szanse szpachlo, gładzio, farbo i cegło, czyli zmieniłem się w budowlańca, co podkreśliłem zakupem za ostatnie, dosłownie absolutnie ostatnie pieniądze w wysokości 900 peelenów, używanego mercedesa vito wyposażonego w wiadro i folię bąbelkową. Jakość wyżej wymienionego zakupu podkreśla fakt, że pojazd ów był czterośladem, odpadała mu podłoga co w newralgicznych sytuacjach zamieniało mnie we Freda Flinstone’a, w miejscu drążka skrzyni biegów wstawiony był kikut łyżki stołowej, oleju zużywał tyle ile benzyny i zamiast bocznej szyby miał folię spożywczą na cztery razy. Podróż do Kielc takim wehikułem to niemal atak na kadwa zimą, w samych rajtkach, bez czekana, raków i prowiantu.

Tak czy siak, ruszyliśmy z Kamilkiem do stolicy świętokrzyskiego i za Radomię zastał nas korek. Trasa zwężona w jednym miejscu, i nagle, znikąd korek po horyzont. Ponieważ w vito wysoko się siedzi, to zobaczyłem, mimo ulewnego deszczu, że początek korka jest z 300 metrów przed nami, ale dalej zupełnie pusto, co prowadziło do wniosku, że chyba ktoś kogoś zdjął był z jezdni i może potrzebować pomocy. Zanim się zorientowałem już biegłem na miejsce, zostawiając Kamilka na straży vita, wiadra i folii bąbelkowej. Na miejscu okazało się, że kolunio w Lexusie-za-pierdyliard-milionów potrącił psa marki kundelek i ten schodził właśnie połamany w agonii na środku jezdni. Kierowca Lexusa wziął się w końcu na odwagę, podniósł z ulicy rozbitka i ciepnął nim za rów melioracyjny jak workiem ziemniaków, aż jęknęło. W mojej głowie nastąpiła seria eksplozji, która zaowocowała wjechaniem w pajaca na pełnej kurwie i wpierdoleniem go do rowu strzałem w ryj. Zaczął ujadać i się gramolić z tego szlamu, ale gówno mnie to obchodziło, bo już byłem po rowu drugiej stronie i jąłem ogarniać pokiereszowanego malca. W tym czasie z lexusa wysiadła lala i zaczęła piłować chałapę, że Mariusz, o borze, Mariusz, ja piórkuję, Mariusz! i potem do mnie z jakimiś pretensjami, więc kazałem jej go zabrać i WYPIERDALAĆ, na co zareagowała tak, że zapakowywała ociekającego i grożącego mi czymśtam partnera do wozu i powiedziała, wskazując na połamaną psinkę, że „my nie mamy warunków, żeby go wziąć” i odjechali w pizdu.

Deszcz lał już poziomo, więc zadzwoniłem do Kamila, żeby wziął wszystkie szmaty i folię z paki, umościł jakieś legowisko pomiędzy nami w szoferce i natychmiast namierzył jakiegoś weta, a sam zdjąłem koszulkę, owinąłem biedaka, wziąłem go na ręce i ruszyłem poboczem do auta. Ilość kurew i chui jakie usłyszałem wracając przechodziła ludzkie pojęcie, bo wszyscy kierowcy stojący w korku byli przekonani, że jakiś debil rozebrał się do pasa w deszczu i zatrzymał ruch chodząc po ulicy, ale miałem to w dupie tylko walczyłem z czasem, bowiem malec spod koszulki wymiotował i strasznie krwawił.
Dotarłem do vito, a tam niespodzianka, bowiem auto wprawdzie stało jak stało, ale całe się trzęsło jak w Egzorcyście, a Kamilka ani widu ani słychu. Okazało się, że mój kumpel w amoku wskoczył na pakę w poszukiwaniu szmat, ciuchów i folii bąbelkowej i się zatrzasnął od środka, a ponieważ miał dramatyczną klaustrofobię, to zwariował i zaczął po ciemku napierdalać w ściany paki rycząc jakby go ze skóry obdzierali. Po uwolnieniu dobrą minutę oddychał w torebkę.
Pierwszą miejscowością w pobliżu z wetem był Skalbmierz, więc dzida czterośladem pod adres, w międzyczasie dzwoniąc z alarmem, że dawaj człowieku zakładaj maseczkę, rękawiczki i anestezjologa. Niestety wet oświadczył, że on zaczyna za dwie godziny i do potrąconego psiaka nie chce mu się na cito jechać, więc podziękowałem mu grzecznie nazywając go chujem i podjęliśmy decyzję, że prujemy do Kielc.

W Kielcach mieliśmy farta, bowiem trafiliśmy na najlepszego psiego anioła na świecie, który w ułamku sekundy wziął Kapsla (bo w czasie podróży miał miejsce prowizoryczny chrzest i malec został Kapslem) na stół i przez kilka kolejnych godzin rentgenował i uesgiegował i operował i sklejał i zszywał i przetaczał i ratował życie. Obaj z Kamilem dwa dni spaliśmy w aucie pod kliniką i zmienialiśmy się przy psiaku trzymając go za łapkę, bo w takim momencie to jest to wszystko, co można z siebie dać. W międzyczasie Pani Weterynarz odsyłała nas do Urzędu Miasta, żeby ogarnąć środki na leczenie, ale okazało się, że raczej średnio, bo potrącenie było w innej gminie, więc sprzedałem na szybko vito jakiemuś ziomeczkowi z Cedzyny i jakoś się udało spiąć budżet.
Po dwóch dniach wróciłem pociągiem do Warszawy, przesiadłem się w plaskacza i pofrunąłem do Kielc po Kapsla.

Ciąg dalszy historii to organizacja domu dla Najwspanialszego Psiaka na Świecie czyli historia Kapsla w skrócie: