Koła zębate

Koleś z Kremla, z trotylem zamiast mózgu, urządził sobie igrzyska, na końcu których na krzywym zydelku siedzi sobie z kosą pani. Pewnie nie zakładał, że czeka na niego, ale – w kontekście reakcji świata – wydaje się to być nieuniknione. Annuszka już rozlała olej, Władimir.

Brzdącem będąc, czyli jakieś jedenaście miesięcy temu, zamknąłem się na tydzień w klasztorze. Robię to od lat, bowiem przemeblowywuję wówczas wnętrze na każdym świadomości piętrze czyli regularnie odczuwam potrzebę zerwania tapety, którą sobie gózdkami do mózgu ścianek w wolnym czasie przytwierdzam. Cela trzy metry na trzy metry, ze stoliczkiem i łóżkiem, nic więcej. Wyłączony telefon, brak dostępu do internetu, ba, ograniczony dostęp do elektryczności, żadnych bodźców, cisza i podróż z Nim wgłąb siebie. Gdy robiłem notatki siedząc na schodkach, to rozśmieszał mnie brak gęsiego pióra i parcianych porciąt powrózkiem związanych na wątłych bioderkach, nijak nie radzących sobie ze zgrzebną koszuliną.

Jedną z zapisanych wówczas myśli odgrzebałem dzisiaj. Jako, że balans jest dla mnie najmniejszą i najbardziej pierwotną jednostką budowlaną wszechświata, przeto wszystko ma swój awers i rewers. Rzecz w tym, że ta konstytucja lubi się wyginać w ludzkim umyśle w relatywizm, który prowadzi do bezwładu, tymczasem jest po prostu rzeczywistością nie wymagającą erraty; w skrócie łamanym na duże uproszczenie: naciskasz tu – wybrzusza się po drugiej stronie, endofstory. Ponieważ klasztorna cela sprzyja zanurzaniu się w mrok, to wyświetlił mi się znikąd Radovan Karadzić – człowiek symbol, wykształcony, o ogromnej wrażliwości, lekarz, poeta, ludobójca. Zastanawiałem się jak wygląda podróż zła w człowieku, co musi się wydarzyć, by świadomie skręcić kierownicę i wypierdolić na pełnej w przystanek z tysiącamii ludzkich istnień. I, skoro on istnieje, to gdzie jest jego rewers, kontrapunkt, światło, które zgasił milionom ludzi. I wtedy, dokładnie wtedy, na ulicy obok klasztoru zaparkował przy swojej bramie garażowej młody kolunio, w betce za pierdyliard, z nagłośnieniem jak Maryla w Opolu, i odkręcił na pełen gwizdek Justina Timberlake’a.
I zobaczyłem to.
Odpowiedź na Karadzicia.
Na zło, które w sobie kat ze Srebrenicy ogniskował.
Rewersem jest powszechność dobra. Na każdego Karadzicia przypada kilka milionów ludzi, którzy dobroczyniąc, naprawiają świat, w którego silnik w onym czasie serbski oprawca sypnął piachem. Te drobne kawałki światła, które wypełniają smutek po ciosie, stanowią paliwo, które uruchamia koła zębate dobra i powoduje ruch.

Bo Timberlake startował jako kolunio z makaronem na głowie w boysbandzie, był synonimem kaszany i siary, słysząc go czułem zażenowanie niemal tożsame z tym, którego dziś jestem beneficjentem, doświadczając twórczości wokalnej Zenona M. czy literackich dokonań Beaty Pawlikowskiej. Przez kilkanaście lat Amerykanin odbył podróż ze sobą, która dziś stawia go w gronie wybitnych producentów muzycznych, świadomego artystę sklejającego dźwięki z obrazem, faceta, który jest lepszą wersją siebie. Trochę tak, jakby Adam Małysz zdobył nagle złoto w gimnastyce artystycznej.

I chyba chodzi mi o to, że każdy z nas to robi codziennie – stając się lepszą wersją siebie, popychamy świat do przodu. I jest nas więcej, znacznie więcej niż zasięgi, jakie generuje odklejony koleżka z Kremla. Wystarczy wyjść na zewnątrz i zachwycić się tym, jak pomagamy braciom. Świat stał się żółtoniebieski w odpowiedzi na czerwone zło.