Krzyk

Niedziela jest święta nie tylko w znaczeniu stricte teologicznym. Jest święta także dlatego, że wówczas krystalizuje się, w każdej komórce ciała,  niemoc, która wczoraj była uosobieniem siły i omnipotencji. Krótko mówiąc – zabalowałem dzień wcześniej, a ponieważ nie robię tego za często, więc jeśli już się zaplątam w fajne towarzystwo, to eksploruję jego możliwości do ostatniej, trzeźwo funkcjonującej, kropli krwi. Tyle, że w niedzielę łeb miałem pozszywany z kawałków tablicy, po której wcześniej paznokciami drapał złośliwy karzeł z grupą naprutych postaci z kreskówek Tima Burtona. Szumiał wiatr w szczelinach, pustkowie, Sahara, wyobraźnia drukowała obrazy w sepii, a ja, z ponurą rezygnacją, przechodziłem sobie przez własną drogę krzyżową jaką był każdy wdech. Albo wydech. Zasłuchany w dźwięki z muszli, w której odbijało się echo mojego żołądka. Nagle coś mi pękło w czaszce i zaczęło pukać, dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że dźwięk ten dochodzi spoza głowy. I że to pukanie do drzwi. A za nimi jowialnie uśmiechnięty kominiarz. Z kalendarzykiem. W czerwcu. W czerwcu, kurwa! Z tymi wąsami na pół twarzy. Coś mówił, ale odbiór fonii mi się zaciął i widziałem tylko wielkie, ruszające się wąsy, zakończone uśmiechem i okraszone zachęcającymi gestami. Gdyby mu odciąć nogę, dać przepaskę na oko i wstawić hak zamiast ręki, to jego występ wyglądałby trochę jak monolog Kapitana Hook’a w teatrzyku kukiełkowym „Guliwer”. Z kalendarzykiem. Uśmiechnąłem się, mruknąłem „Ahoj” i pchnąłem drzwi. Zamknęły się w połowie zdania, ale ja już byłem wtedy w połowie drogi. Do łóżka. Nie wiem zresztą czy Hook rzeczywiście pukał i roznosił kalendarzyki, czy tylko ktoś roznosił kalendarzyki, a ja dodałem mu całą resztę przez sen.Wieczorem odreagowałem ostatni wieczór wchodząc wślizgiem w jakiegoś radośnie kopytkującego osiołka, zachwyconego rytmicznymi podskokami, jakie wykonywała piłka przy jego nodze. Nie widziałem go za wyraźnie, był tylko wesoło pląsającą plamą przede mną, o nieokreślonej płci, ze sprężynkami zamiast nóg. Zatoczył metrowy łuk w powietrzu i się rozprysnął, tuż po zetknięciu z ziemią. Chyba z ziemią, bo w momencie kontaktu zniknął z radaru. Może kiedyś znajdę odcisk podkówki na którejś kości. Koledzy z zespołu osiołka rzucili się na ratunek, ale czułem, że nie bardzo będzie co zbierać i, nie oglądając się za siebie, poszedłem do szatni, charcząc i plując resztkami trawy, która znalazła się nie-wiadomo-skąd w moich ustach. Po drodze minąłem sędziego, który tylko pokręcił głową i stwierdził „Zagotowałeś się, nie?”. Czerwona kartka i pauza w następnym meczu. Trudno. Odkręciłem prysznic z zimną wodą i się rozpuściłem zanim reszta zespołu wróciła po przegranym meczu.

***

Wziąłem się za łatanie samego siebie. Fizycznie. Dziura w zębie, odprysk w piszczelu (podkówka?), bark wypadający z zawiasów i skład mieszanki na której jedzie mój mięsień sercowy. Po kolei, metodycznie. W ciągu kilku miesięcy realne naprawianie całego tego skrzypiącego tałatajstwa zajęło 10% czasu jaki na to poświęciłem. Pozostałe 90% to niekończące się kolejki, kolejki, kolejki i ludzie przedziwnie się zachowujący, podczas rytualnego oczekiwania. Ci najbardziej doświadczeni przyglądali się wszystkiemu jak rząd z Vichy ekspansji hitlerowców, czyli beznamiętnie i z pustym wzrokiem, ci mniej zaawansowani przypominali tykające bomby, a ci zupełnie zieloni przede wszystkim bezproduktywnie biegali. Do mnie zawsze, w takich miejscach, przyczepiała się jakaś staruszka, z krzywymi palcami u stóp i pretensją, jakby to była moja wina. Te jej stopy. I jazda. Najpierw zwyczajowe „Pan to młody, panu to nic nie jest”, które jest zdaniem-zwiadowcą. Jakakolwiek moja reakcja na to, to wykrycie wroga i natychmiastowe przystąpienie do ofensywy, czyli zawsze! za długa opowieść o przypadłościach, jakie stały się jej udziałem w ostatnim tygodniu. Miesiącu. Kwartale. Roku. Jak już ofiara dziarskiej staruszki osuwa się w niebyt i wyraźnie, bardzo wyraźnie!, daje do zrozumienia, że usunięte haluksy nie stanowią jej, czyli ofiary,  hobby – następuje prezentacja. Od razu z grubej rury. Ile ja się, przez te miesiące, naoglądałem haluksów, znamion, blizn, wykwitów, szwów… Przez chwilę kręcił mi się po głowie chytryplan, by na kolejne wizyty przychodzić w fartuchu i oglądać zdjęcia rentgenowskie pacjentów z błyskiem kompetencji w oku, a następnie kierować wszystkie te osoby do różnych bezsensownych oddziałów danej placówki – i, na przykład, diagnozować wieloodłamowe uszkodzenie kości podudzia jako jęczmień. Prawdopodobnie jęczmień. „Pani sobie zaparzy świetlika, dwie saszetki i przykłada na noc. Do oka na noc. Powinno przejść”.
Mam wrażenie, że społeczne zamiecenie pod dywan, jakiego doświadczają wszyscy starsi ludzie, owocuje ich skowytem i żebraniem o ochłap uwagi. Ekshibicjonistycznie są w stanie pozbyć się godności w zamian za słowo. Jakiekolwiek. I eksponują wszelkie oszpecenia, bo one krzyczą najgłośniej. Umiem tylko z tego żartować, bo kurewsko boję się krzyku. Własnego.