Nierówny sufit

Na zewnątrz pogoda do dupy, styczeń w końcu, więc kontakty z obiektami ze świata zewnętrznego zacząłem utrzymywać jak niedźwiedź – zagrzebałem się w ściółce, nawpieprzałem się igliwia i zaległem do góry wentylem. Nie tęskniłem za bardzo za towarzystwem znajomków i łazić mi się, w chlupoczących skarpetkach-bezuciskowych-zdrowych, tez za bardzo nie uśmiechało. W zasadzie wylogowałem się, na czas wszechobecnej wody w butach, z życia publicznego dokumentnie. I nagle, wczoraj, znalazłem się niespodziewanie na wielkiej imprezie ku czci bardzo-znanej-marki, wśród celebrytów, modelek, fotografów, pięknych, pachnących, i towarzyszącego im grona skakańców, grzejących się w blasku odbitej sławy. Nawet śmiesznie było, bo uniósł mnie patos chwili i gadałem z kosmitami zupełnie nie znając żadnego i żadnej z nich, a co chwila jakiś paparazzo zapamiętale pstrykał foty i kłuł fleszem. Trochę już byłem wstawiony, więc bawiło mnie robienie min do zdjęć, a moim zdaniem celebryci lepiej wychodzili na fotkach w towarzystwie kolesia z zezem albo z twarzą jak kurczak. Fotografiści pierwsi się zorientowali, że bajkowo pogodny koleś, dość obcesowo radzący sobie z grawitacją – zapewne przez nierówny sufit lub przez C2H5OH we krwi – robi sobie jaja z obecnych, demolując mimicznie każde ujęcie. Rozpuścili wici wśród swoich i po chwili cała paprazzowa brać poczęła omijać szerokim łukiem miejsca, w których akurat stałem i gaworzyłem z daną gwiazdą. Gwiazdy na to reagowały tak, jak lalki dmuchane po wyjęciu wentyla. Wentylu. Schodziło z nich powietrze i przestawały się prężyć, nieco później łagodniały im oblicza i dawały się wypchnąć ze społecznych ról (w które wtłoczyli je czytelnicy niezwykle opiniotwórczych periodyków codziennych), zaśmiewając się przy tym z niektórych moich żartów. Tych mniej śmiesznych także. Może nawet bardziej rzęsiście. Gdy paparazzowie dostrzegli nowy mechanizm, czyli, że gwiazdy się luzują i tworzą wianuszek zaśmiewających się do łez żywych osób, a nie karykaturalno-kauczukowych kukiełek, znowu zaczęli gonić za nimi i pstrykać fotki. Ze mną przy boku. Czyli zabawa od nowa – na każdej fotce wesoło meldowało się jowialne oblicze pokrzywionego mimicznie i opóźnionego w rozwoju paparazzowego terrorysty.