Nitka

Zrobienie na literku 500 kilometrów, żeby akwen zobaczyć powoduje, że jeszcze przez kilkadziesiąt minut po zejściu z moto obraz się trzęsie od wibracji, w jakie je ów wpędza. Zazwyczaj siadam wtedy na jakimś krawężniku czy wydmie i kalibruję optykę, bowiem zamiast kształtów docierają do mnie zamazane plamy i bywa, że przez pięć minut gadam ze śmietnikiem jaką by tu rybkę zamówić.

Traf chciał, że tym razem trafiłem na zadbany skwer, zza którego wychylało się morze i zachwycający widok pokładającego się w nim słońca, któremu towarzyszyła grupa odpierdolonych w cekiny i luiwitą matek, próbujących wokalnie zapanować nad swojemi latoroślami, które zajęte były wgapianiem się w ekranik smartfona i wpadaniem do morza. Chodziło głównie o to co Adrianek lub Kamylka będą jedli i czy wszyscy w promieniu dwudziestu kilometrów słyszą, jak matka grubo pierdzi i sra hajsem. Rzecz w tym, ze Adrianków i Kamylek było lekko z piętnaście sztuk i te pindy piłowały chałapy wszystkie naraz, co powodowało, że po powierzchni akwenu unosiły się do góry brzuchami truchła trafionych decybelami ryb. Parę metrów dalej stała grupka mężczyzn mierzących sobie kutasy wielkością kluczyków do swoich bentlejów, wszyscy jak skserowani – łososiowe polo z postawionym kołnierzykiem wzute na wydatny bebzol i chude nóżki, co z daleka wyglądało, jakby ktoś powtykał zapałki w ziemniaka. Flamingi. Prywatnie każdy z nich był właścicielem alboAdrianka alboKamylki oraz którejś z wyjących posiadaczek pontonich ust i opiętej maskującym gorsetem kibici. Wyobraźnia po chwili zrobiła swoje – odpakowywanie takiej dziuni z tych wszystkich sznurków, przywiodło mi na myśl mojego ojca szarpiącego się z esksportowaną z Reichu peklowaną szynką i skłoniło do przemyśleń na temat ewolucji parentingu na przestrzeni ostatnich dekad. Bo może jesteśmy tym samym gatunkiem, może nawet płuca mamy podobne, ale jednak oddychamy inaczej. Czym innym.

Z zazdrością patrzę, jak te wszystkie dzieciaki się nie boją i jak traktują życie jak bombonierkę, o co, z zaborczą czułością, zadbywa dupiasta mamusia i logo kartofla czyli tatko nakładający właśnie łopatą dorsza i kurwujący na tegogównianegoajfona. Świat jest dla nich reklamową witryną, z której sięgają po wszystko co tylko można sobie wymarzyć – samochody, jachty, quady, skutery, bitkojny, paralotnie, zegarki, tablety ale generalnie to im się nudzi i średnio podoba. Mi nadźgany stary rzucał, kurwa, łabądka z puszki po piwie i przez dwa tygodnie łabądek za kluczyk do wyimaginowanego wartburga robił, bowiem wówczas wydawało mi się, że najlepszym autem świata jest ten jebany enerdowski pierdziafon i się z Andrzejem Resztakiem pod sosną pobiłem, bo on był team skoda. I przez ten deficyt ongiś, połączony z zazdrością teraz, patrzę na Adrianki i Kamyle z poczuciem zażółconej wyższości, kując wartość z mojegobraku a ichnadmiaru. I zamiast znaleźć nitkę, która nas łączy, zamieniam się w dupka, który z pogardliwego chichotu uczynił działo do rozwalania murów, wycelowane we wszystkich, którzy boga zrobili z kruszcu. A to moje bycie moralnie lepszym to tylko inny bóg, dość podobny. I najprostszy przepis na bycie chujowym.

Być może moją optykę determinuje niedawno nabyta, przy okazji jakiegoś serialu, wiedza, że ukrywający się przed policją Pablo Escobar, w jednej ze swoich hacjend spalił w kominku dwa miliony dolarów, żeby ogrzać swoją córkę. No to mi się życie lekko wygło, bo mój stary z pewnością spaliłby mnie, żeby ogrzać dwa miliony dolarów. I może w tej makiecie rodzinnych relacji z lat 90 tkwi ten atawistyczny głód, by być ważniejszym, niż chałwa z pewexu czy nowa bo-ł-azeria w przedpokoju a większym problemem są podarte spodnie niż złamana noga. Nie jestem zachwycony metodami wychowawczymi moich protoplastów, bo co to za frajda wyplątywać się zimą z worka obciążonego kamieniami na środku jeziora, ale mam wrażenie, że wahadełko majtnęło się w drugą stronę i teraz rodzice próbują nauczyć swoje dzieci pływać nie pokazując im nawet wody.

Z tej niezbyt wesołej myśli plątaniny wyrwał mnie nagle głos jednego z Adrianków, który schował smartfona, oderwał się od wrzeszczącego tłumu rodzicówzdziećmi i podszedł do mnie na krawężnik.
– Fajny motor – zagadał przyjaźnie. – To pana?
– No – odmruknąłem patrząc na niego z ukosa. Chudy był i jakieś te oczy takie rozbiegane. Ale bluza Tommy i rejbany na ryju eleganckie.
Chwilę popatrzył na ciżbę przy smażalni, pomielił coś w sobie i w końcu wypalił:
– Zabrałby pan mnie stąd?