Odwrócony

Nienawidzę być trenowanym. Nienawidzę tego uczucia, gdy mi się zakłada chomąto i wymusza naukę. Mam w sobie przekonanie, że gdy ktoś raz przekroczy granicę poniżenia drugiego człowieka, będzie tam wracał. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, czego można dowiedzieć się o sobie, gdy się na poniżenie odpowiada. I czym się odpowiada. Jak bardzo można być nieludzkim w upokarzaniu zwrotnym. A to niszczy skuteczniej niż ślady zębów na dumie. Gdy to już wiesz – nigdy się nie odwrócisz. Pozamiatane.
***
– Odwróć się! – krzyknęła. – No odwróć się!
Nie ma chuja. Już mnie tu dawno nie ma. Nie odwrócę się.
***
To był czas odkrywania swoich możliwości i krzyczenia „Sprawdzam!” w twarz każdemu, kto stawał na drodze. Turlałem się od granicy do granicy, poznając swój kształt i kontury. Ależ się wtedy naćpałem, naruchałem, nabiłem i nakombinowałem, rany! Ukradłem połowę mieszkania, drugą rozdałem, żeby spłacić moralne kace swoich podróży na tę mniej tęczową stronę, poznałem wszystkie Tereski świata, a na antresoli miałem gwiazdy.
Raz na jakiś czas zażywałem tabletki ze stabilizacją-albo-kodeiną i od razu moim życiem przestawał rządzić siusiak, a wjeżdżała miłość. Czyli szaleństwo, podpalanie świata tysiącem świec i malowanie obrazów. Tereski dostawały pierdolca, no bo przystojny, z wyobraźnią, sianem i jeszcze cholernie sprawny waginalnie. Czad.
Ale co jakiś czas uciekałem od bieżącej Tereski. Czasem w ramiona innej, ale częściej gdzieś. Góry, morze, jakieś jezioro. Chodziło o zmianę topografii, żeby zmienić optykę, żeby zmienić cokolwiek, nie czuć smrodu własnego potu, który był konsekwencją wysiłku wkładanego w chęć-bycia-normalnym.
Któregoś razu obudziłem się w samochodzie zakopanym w plażę, muzyka sobie ćmiła, fale szumiały, oddech cuchnął-po-wczoraj, a akumulator się ładował. Karolina, czyli bieżąca Tereska, została 400 kilometrów ode mnie i nic nie wiedziała o moim miejscu zakotwiczenia. Strasznie mi się podobała, bo często się śmiała, była chuda, miała duże cycki i nie lubiła nosić majtek. Do tego jeździła miniakiem i czytała Kerouaca. Bogaty ojciec zapłacił za jej studia w UK, więc robiła korpokarierę w wielkiej firmie i cała rada nadzorcza marzyła o tym, żeby jej się zakraść między nogi. Gdyby wiedzieli, że pod garsonką nic nie ma, pewnie zaczęliby skakać z okien, Karolina naprawdę wywoływała u facetów pożar w spodniach. Wkurwiał ją więc niemiłosiernie fakt, że – jej zdaniem – nie byłem zazdrosny i miałem w dupie tłum fanów, który gęsiego za nią dreptał. Fakt ów jednocześnie działał na nią kręcąco, bo miała naprane w garku i jarało ją posiadanie krokodyla-albinosa. Z tą zazdrością nie miała racji. Byłem zazdrosny. Byłem dramatycznie zazdrosny. Tylko nie wpuszczałem Zielonego Potwora w swój krwiobieg, bo wiedziałem, co potrafi z nim zrobić moja wyobraźnia. Jakie obrazy wydrukować na każdym neuronie, jakim bólem nakarmić receptory. To raczej instynkt samozachowawczy przerzucał zielone myśli na tył, dlatego z boku wyglądało to tak, jakbym miał w dupie. Nie miałem. Ale też nie miałem za dużo miejsca na ból.
Zadzwoniła do mnie nad to morze, w piach i nie mogąc znieść napięcia wywołanego moim falowaniem, oświadczyła z mocą, że mam się natychmiast do niej zgłosić albo to koniec. Zgłupiałem, bo odległość nijak nie pokrywała się z moją definicją słowa natychmiast, a poza tym to chyba ci się, córcia, wektory popierdoliły. Wysiadłem, wziąłem pięć jodowanych wdechów, pogapiłem się w wodę, pomyślałem chwilę i wróciłem za kierownicę.
400 kilometrów trwało sześć godzin. W tym czasie mój mózg tysiąc razy eksplodował i zalewał ciało kombinacjami kortyzolu, adrenaliny i pogryzionej dumy. Cholernie mi zależało na Karolinie. Cholernie. Za Łomiankami podjąłem decyzję. Wdrapałem się na to jej czwarte piętro i zapukałem. Otworzyła z szerokim uśmiechem. W mini. Z cyckami. Triumfalnym uśmiechem. Ja pierdolę, jaka ona była olśniewająca!
– Cześć – powiedziałem, patrząc jej w oczy.
– Cześć – odpowiedziała w koci sposób.
– No to cześć – zakończyłem, odwróciłem się na pięcie i zacząłem schodzić na dół. Po drodze wyjąłem telefon i wykasowałem jej numer.
– Odwróć się! – krzyknęła za mną. – No odwróć się!