Okup

Piotrunio jak zadzwoni, to wiadomo od razu, że będzie się działo. Szybciutko zatem, zanim odebrałem, spakowałem paszport, paprykarz, tabletki do uzdatniania wody, zapałki, herbatniki i suchary, wyniki badań krwi, saperkę, migające rogi, płytki ceramiczne 6×12, ćwierć kilo podsuszanej, konstytucję, urządzenie do EkG, buty narciarskie, masę szpachlową, siedemset metrów blachy ryflowanej i łom, bo to nigdy nie wiadomo, czy klucz do drzwi będzie.
– Halo! – rzuciłem dziarsko do słuchawki, uzbrojony we wszystko, w stroju nurka.
– Cześć Bartuś, sytuacja jest tego typu, że muszę zapłacić okup i potrzebuję zaufanego człowieka – wypalił wprost, bez zbędnych werbalnych ornamentów.
– Dobrze – zgodziłem się od razu, bowiem w filmach widziałem, że w przypadku okupu każda sekunda jest na wagę życia zakładnika. – Jestem już w drodze! – dodałem z mocą pokrzepiająco i zacząłem pakować się w tym kurwa akwalungu do windy, ale butlami zahaczyłem o kratkę i mało mnie nie przeważyły. Nie było czasu do stracenia, więc ruszyłem schodami, co w płetwach nie jest najłatwiejszym z koordynacyjnych rozwiązań.
– Gdzie, ile i kiedy? – wydyszałem pół piętra niżej, kolebiąc się jak kaczka, gdyż potrzebowałem szczegółow transakcji i jakiejś torby na nieznakowane dwudziestki.
– Dwadzieścia tysięcy, wiesz gdzie jest Coconut Club?
– Co gdzie jest?
– Coconut Club. Na Siennej.
– Wiem.
– No to tam. Dwadzieścia tysięcy.
Kilka lat temu Piotrunio przywiózł do kasyna w Mariottcie wiaderko siana, jak mnie schaby szturchały młotkiem, gdy popłynąłem w tym ich kurwidołku. Czyli krótka piłka – bankomat, pin, siano w gumkę i ogień.
Czterdzieści pięć minut później byłem na miejscu. Jakiś kloc w za małej marynarce zastąpił mi drogę.
– Wstęp tylko na zaproszenie.
– Jesteś tu nowy, to się nie przypierdalam, musisz robić swoje. Mam złotą kartę -wyjąłem kanapkę z sianem i pomachałem przed sobą.
– Co masz?
– Złotą kartę.
– Jaką złotą kartę?!
– Sraką – popatrzyłem mu w oczy. Chwilę się mierzyliśmy wzrokiem a klocek przetwarzał dane. W końcu zadecydował.
– Dobra, wchodź.
W środku było gwarno i duszno i czerwono i różowo i dużo cycków. Wszędzie cycki, żadnych wątpliwości. Podszedłem do baru za ktorym stał młody kolunio w cekinowej kamizelce założonej na gołe ciało.
– Gdzie te asy od rachunku za dwie dychy?
Otaksował mnie od góry do dołu i w końcu pokazał brodą na viproom.
– Tam? – upewniłem się. Kiwnął głową.
Przed wejściem do viproomu stał kolejny cerber, ale dostał sygnał na brelok w uchu, że bankomat przyjechał, więc bez słowa otworzył drzwi. Pomieszczenie było odjebane jak Gesslerowa na ramówkę tefałenu, wszędzie brokat, skóry i rury, na ścianach wielkie akwaria, w których pływały półnagie syreny, na środku coś na kształt dżakuzi łamanego na fontannę. No ale to piękne, panie Kaziu, pan mnie jeszcze jebnie na suficie ledy. Na fotelach siedziało pięciu trochę potarganych gości i pięciu kwadratowych rezydentów siłki na Marywilskiej. Wystarczyłby jeden, oceniłem w myślach i wyłowiłem Piotrunia.
– Siema – przywitałem się z kumplem wesoło. – Co tu się…
– Masz hajs? – jeden ze schabów wpadł mi w słowo.
Popatrzyłem mu w oczy. Znowu komuś w oczy. Kurwa, czy ja tu przyszedłem na randkę?
– Z tobą trzeba o tym gadać? – zapytałem akcentując brak przecinków. Pauzy robią robotę, mniej amperów, a ten tu elektryczny był.
Długa chwila ciszy.
– Czekaj tu – polecił w końcu i potoczył się w kierunku drzwi po drugiej stronie akwariów. Wrócił po półminucie.
– Zapraszam – ironicznym gestem wskazał mi drzwi.
Wszedłem do ukrytego pomieszczenia, wyniunianego jak w filmach z Paczinem. Za dębowym biurkiem wielkości parkingu siedział szef wszystkich szefów, groźny i złowieszczy, w szufladzie na pewno miał obcinarkę do palców a pod blatem przymocowanego obrzyna. Zobaczył mnie i się, kurwa, rozpromienił.
– Cześć Bartuś, a co ty tutaj robisz? – powiedział wychodząc zza tego dębowego lotniska, wyluzowany jakbyśmy się w galerii handlowej spotkali.
– Cześć Waldziu! – ucieszyłem się na jego widok, bowiem nie widzieliśmy się ładnych parę lat. – A co ty łeb do ula włożyłeś? – zapytałem śmiejąc się życzliwie, bo Waldziu od tego dobrobytu mordy dostał i w ogóle zaokrąglił się wszędzie. Lata temu pudzianowaty, teraz bardziej chrupek. Ale złoty fingiel na palcu jak był tak był.
– No wiem, kurwa, jak zaczęło się to wszystko kręcić – wykonał nieokreślony gest nad głową – to czasu dla siebie nie mam i wiesz…
Od razu siadła nam się gadka, jakbyśmy się wczoraj rozpięli. Lubiłem Waldzia, bo z nich wszystkich to zawsze wiedział którędy wejść, żeby figurek nie poprzewracać. No i wcześnie miał dzieci, to go mocno wtedy trzymało w pionie. Pomyślałem sobie, że dziesięć lat szybko mija i wydaje się, że to wieki, a potem orientujesz się, że nic się nie zmieniło, ludzie po prostu coraz bardziej stają się sobą.
Dobra tam, wszystko fajnie, ale sprawę trzeba załatwić, a Waldzio zazwyczaj nie łaził naokoło, więc wróciliśmy na ziemię.
– Te tam – spojrzał na drzwi – to twoje?
– Ten z brodą, chudy taki, to brat, reszty dobrze nie znam, chłopaki zwykłe z osiedla.
– To pizdy jakieś, wieczór kawalerski sobie zrobiły, mordę darły, lampek se na czołach poprzylepiały, w końcu się Juras wkurwił, na twardo wjechał, no i widzisz.
– Ile? – zapytałem konkretnie, bo co będę Waldziowi gówniarzy tłumaczył.
– Do dziewczyn startowali, kurwa…
– Waldziu, weź nie pierdol, do brzegu dawaj – przerwałem mu. – Ile?
Szef spojrzał pytająco na elektrycznego za mną.
– Ile tam było, Sławek?
– No tak konkretnie to nie wiem, na pewno parę piwek i jakieś drinki dla lalek – Elektryczny chyba niespecjalnie spodziewał się takiego obrotu spraw, bo niewyraźnie mówił. Albo właśnie miał wylew.
Spojrzałem pytająco na kumpla. Chwilę mielił w sobie dane, ale niespecjalnie intensywnie, bo po chwili uśmiechnął się szeroko.
– Dobra, chuj tam, niech spierdalają, weź ich stąd zabierz, Bartuś, co to ja młody nie byłem? – wyciągnął rękę, a drugą położył mi na ramieniu. Nic się nie zmieniło, dalej ważyła tonę. Odprowadził mnie do drzwi. Elektryczny działał jak pilot. Tym razem nieironicznie.
– Dzięki, Waldziu.
– Nie ma sprawy, wiem jak jest – popatrzył mi w oczy, odwrócił się i poszedł szefować za biurko – Tylko niech dziewczyny przeproszą – dokończył, gdy zamykały się te jego czeluście.
Odetchnąłem głęboko, bo w tym waldkowym biurze to chyba jednak klima średnio, przewiewu nie było, a gęstej atmosfery wiatrakiem nie zdmuchniesz. Podszedłem do stłoczonej grupki prowadzony przez Elektrycznego. Wyglądali jak kurczaki w ubojni drobiu i patrzyli na mnie jak Mort na króla Juliana.
– To teraz grzecznie przeprosić pana Sławka, a potem dupy w troki i wypierdalać – zakomunikowałem. Jakbym zwolnił bęben maszyny losującej, zaczęli się gramolić jeden przez drugiego i na przemian przepraszać i wychodzić.
Zawołałem Piotrunia na bok.
– Daj tysiaka temu w cekinach – wskazałem brodą na barmana.
– Tysiaka? – przyjaciel zrobił wielkie oczy.
Kiwnąłem głową.
– I to wszystko?
To wszystko.