Pamięci M.

Zawisłem na haku, wśród innych dyndających, różniłem się tym tylko, że ja wisiałem głową w dół. Tyle, że dla mnie to już nie miało znaczenia, byłem tylko strzępem, który kiedyś pamiętał.
Zaczęło się kilkanaście miesięcy wcześniej, od informacji, że coś podejrzewają. Na razie nie wiadomo co, ale podejrzewają. I że dobrze byłoby się temu przyjrzeć. Niepewność stanowi materiał, z którego, dość misternie, przyznaję, zbudowana jest lina z hakiem, który potem tak brutalnie wydziera ducha z ciała. Rozpoczął się wyścig z czasem, niekończące się zaklęcia, wyginanie rzeczywistości, walenie głową w mur, płacz i stupor, na zmianę, na zmianę, na zmianę. Jedynym wytchnieniem były zawodowe zniekształcacze świata, ale one tylko znieczulały – następnego dnia głowa zmieniała się w sitko, przez które przeciekało życie. Okazywało się, że Czas, który wtedy był pod opieką anestezjologa, nie wracał na miejsce, tylko napełniał serce stratą, wbijając żarzące się gwoździe niepamięci. Powoli, krok po kroku, zbliżałem się do miejsca, gdzie jedyną walutą były dwa obole i to ja będę tym, który położy je na powiekach, gdy wskazówki zegara przestaną dreptać.
W środę odważyłem się stanąć przed samym sobą nago, bez osłonek i zaciemnień. Facet, który ze mną rozmawiał, ubrany na biało, schował się za łacińskie sformułowania, nazywając hak w sposób, który miał brzmieć naukowo i niegroźnie. Datę wypowiedział tak, jakbyśmy gadali o skuwaniu kafelków w jego łazience, sterylnie i dokładnie. Sztywno tak jakoś powiedział. Chyba nie chciał zarazić swojej duszy rdzą z haka. Natychmiast zacząłem gnić, czując, że coś we mnie odchodzi i że stamtąd nigdy nie wrócę. Na szczęście pojawiła się Iwonka, cieniutka jak listek kobietka o wyraźnych oczach i pomogła mi gnić razem. Była najsilniejsza ze wszystkich znanych mi listków, potrafiła podnieść kilka ton jednym gestem i robiła to codziennie, zawinięta jedynie w stetoskop i termometr. Zakręcaliśmy wspólnie kraniki, wbijaliśmy igły, zmienialiśmy rurki i kradliśmy nocyceptorom ich pierwotne, małe przeznaczenia. Prawie nie spałem, więc bywało, że zatrzymywałem się na moście pomiędzy rzeczywistością a snem i, tak zawieszony, tkwiłem kilkanaście lat ze wzrokiem wbitym w jeden punkt. Kaszlnięcie później byłem już z powrotem, skupiony i wsłuchany w każdy oddech, którego świst uspokajał. Nauczyłem się czytać z gestów, gdy słowa ugrzęzły w gardle na zawsze i nie było miejsca na nic więcej niż tylko ciche westchnienia. Mój świat się walił, powoli, cegła po cegle, zalewany przez siedemsetpięćdziesiąt mililitrów płynu, wyciekającego, po punkcji, z nierozprężającego się płuca. Hak się wbijał głębiej i głębiej, a ja się przyglądałem ulotnym dwudziestu jeden gramom, bez których by mnie nie było.
Zdążyliśmy pogadać, zanim zawisłem głową w dół i się nie urodziłem.