Paw

Wszystko zaczyna się w trakcie pierwszych kontaktów społecznych. Jakichkolwiek. Każdy mój potencjał gasł w kontakcie ze Machiną łamaną na Instytucję. Nikogo nie interesowało, że mam wyobraźnię i potrafię poruszać się po wyimaginowanych światach, tworzonych na potrzeby chwili, wygrzebanych spod kamienia, zza węgła, z zepsutej suszarki automatycznej marki Ariston, chujowej jak każda technologia skażona dizajnem czy z resztek po cieście budyniowym. Jeśli za bardzo odpływałem, życiodawcy wpychali moją głowę do garnka z zupą pieczarkową, a że stamtąd niewiele widać, bo konsystencja lepka i grzybowe bąbelki nieco zaburzają postrzeganie, to i mózg koncentrował swoje imaginacje wokół następnego oddechu, zamiast rozświetlać świat błyskotliwymi pomysłami. W kontaktach z rówieśnikami najistotniejsze, z punktu widzenia Machiny, było gładkie i bezwłose wciśnięcie mnie w szablon, równiutko przycięty dla potrzeb tych większych Większych, uformowanych, bez charakteru i osobowości, takich cholernie wtórnych, że nawet oddech miał odmierzoną pojemność. Miałem dużą głowę, z podejrzeniem o wodogłowie, więc wiele zdarzeń tłumaczono tym faktem – na przykład takich, jak wyjmowanie marchewki z wrzącego, na gazie, karotkowego piekła, bo to jej ostatnia szansa na przeżycie. Marchewki w sensie szansa. Uwielbiam ten dźwięk – „marchewkiwsensieszansa”.
Potem proporcje głowa-korpus zaczęły się zbliżać do normy, więc już podlegałem pod matrycę i mogłem spokojnie kontaktować się z grupą ulizanych przygłupów, których rodzice ścigali się ze sobą wzajemnie, który przygłup bardziej odtwórczy i jak szybko klepie pakiet wyuczonych formułek. Im głupszy i mniej zrozumiały ów pakiet, tym lepiej, wszak samodzielne generowanie poglądów, niezgodnych z ogólnymi wytycznymi zinstytucjonalizowanej Machiny, groziło śmiercią przez wprowadzenie do społecznego systemu nerwowego uczuć. Uczuć kurwa! W międzyczasie odkryłem, że moi protoplaści znajdują się w czołówce psychicznych Dorosłych, przedłużających sobie siurki osiągnięciami potomków. A że trafili na dość oporny egzemplarz, który dodatkowo ma centralnie wyjebane na wyścig pod pachę facetki od geografii, to rozwiązali sobie dysonans regularnym spuszczaniem łomotu niepokornej latorośli. Zatem dzieciństwo miałem ze wszech miar kolorowe. Głownie tęczowo sine.
Te kolory potem migotały mi przed oczami ilekroć czegokolwiek ode mnie chciano.
Sensorycznie wyostrzyło mnie to do maksimum. Byle podmuch podrywał na równe nogi i ogromnej dyscypliny wymagał powrót do stanu równowagi. Jeśli się udawało – doświadczenie meblowało wnętrze. Ale gdy jakiś przewód się przepalił – wyłaziłem na ubitą ziemię, z jakąś pałką albo toporem i z areny schodził jeden. Cały we flakach drugiego. Ze szkłem zamiast oczu. W tamtym czasie ciągle się z kimś prałem – wtedy się też dowiedziałem, że moje łuki brwiowe są zbudowane z jakichś podróbek – jak tylko ktoś trafił, natychmiast nadawały się do utylizacji, przesłaniając purpurową mgłą pole widzenia. Może dlatego świat wówczas wydawał się czerwony i utytłany we krwi.
Każda sytuacja prowokowała do tego, by wysmyknąć się z szablonu i nie traktować kółek zębatych Machiny poważnie. By mrugać okiem i grzać na oślep w przeciwną stronę, dla samej satysfakcji z zaskoczenia, jakie niosą ściągnięte gacie i goła dupa, na środku sceny, podczas wręczenia nagród dla Rekinów Małej i Dużej Przedsiębiorczości w Krasnymstawie. Ceną były wyłamane palce, wciągnięte przez tryby Instytucji vel Machiny, z jej całym nadawczo-odbiorczym komorniczym barachłem, w osobach Stojących Na Straży Obywateli Strzegących I Tym Podobne Pierdolenie. Wielkim darem, jaki był tego konsekwencją, była ogromna wrażliwość i delikatna struktura. Wielką stratą – spalona ziemia, zgliszcza i dym. Aaa, i te porozpieprzane łuki brwiowe. Gdybym miał ciemne włosy, wyglądałbym, kurwa, jak Breżniew.
I tak się nauczyłem żyć, szczególnie ostatni rok, pod kreską, obserwując tych, co po niej łażą, niczym po kładce, z wyrwanymi genitaliami i piskliwym głosem Farinellego. Często słyszałem ich rozmowy, siedząc sobie na krawężniku, z cydrem w dłoni, w okolicach jakiejś knajpy, wyglądając trochę jak menel a trochę jak everyman z amerykańskich produkcji B-klasowych dla mas, z całym tym tandetnym anturażem, że niby taki luzak-kozak, któremu na niczym nie zależy, a w rzeczywistości zagubiony jak filolog na Politechnice. Coraz bardziej najebany i z głębokim przekonaniem, że przypadkowo uczestniczę w jakimś dziwnym eksperymencie teatralnym, gdzie dialogi zostały skrojone przez jakąś pierdolniętą kretynkę z asymetryczną fryzurą i kujonkami na lekko uduchowionym obliczu, która ma cztery koty i nienawiść do facetów wpompowaną przez doświadczenia, bo wprawdzie była ekstremalnie nieznośna i nie dało się z nią przebywać w jednym pomieszczeniu dłużej niż dziesięć minut, ale to wina patriarchalnego systemu społecznego. Więc ulepiła Ją i Jego, którzy mówili jedno, ale reżyser z tyłu wyświetlił chmurki nad ich głowami, które bezwzględnie odzierały ich komunikaty z polukrowanego ciasta, zostawiając czyste mięso.
–  Wysportowane ciało wygląda pięknie – powiedziała Ona w przestrzeń, nie adresując do nikogo swojej wypowiedzi. W rzeczywistości chciała powiedzieć: „Chętnie poćwiczyłabym na siłce, ale nie mam z kim chodzić”, ale zabrzmiałoby to zbyt desperacko i stanowiło skazę na wizerunku Pięknej-Acz-Niezrozumianej-Przez-Najbliższych.
– Masz rację – podchwycił On, pragnąc ze wszystkich sił zabrzmieć jak Niezależny-Acz-Zainteresowany-Jej-Majtkami. – Ale wyczynowe uprawianie sportu grozi kalectwem, wiesz? – co w rzeczywistości znaczyło: „Ja też bym poćwiczył, ale od kiedy urodził się Julian, nie mam czasu, więc tylko gram w tenisa, ale muszę przerwać na jakiś czas, bo mi się rozwija nierównomiernie prawa strona ciała.”
– Naprawdę? – Jej oczy zrobiły się wielkie, bo wprawdzie jego zdanie było tak głupie, że wypalało dziury w kamieniu, ale ponieważ z nikim nie była od pół roku, to rozdziawiła buzię i wpadła w zachwyt.
– Trenuję tenisa – ciągnął On, zadowolony z efektu rozdziawionej buzi. – Dwa razy byłem. Miesiąc temu. Wczoraj padało, więc mój sparingpartner nie dojechał. Zobaczymy co z jutrem. Ogólnie to zawsze marzyłem o byciu tenisistą – strzelał krótkimi seriami, uważnie obserwując efekty, jakie wywoływało jego profesjonalne słownictwo.
– Wiem jak to jest, sama uwielbiam to co robię, zawsze marzyłam, żeby mieć w sobie tą niezależność, którą mam teraz – odpowiedziała z mocą, co tak naprawdę znaczyło: „Sprzedałam wszystkie swoje dziecięce marzenia, żeby zostać tym, kim teraz jestem – zgorzkniałą, starą, trzydziestodwuletnią, powoli grubiejącą cipą, z pięciozerowym kontem i wytartymi kolanami”.
– Oooo, to tak jak ja – zdziwił się z uśmiechem On, ale chmurka nad głową mówiła co innego:  „Nie mam konta z pięcioma zerami, ale sto tysięcy wymówek, dlaczego nie zostałem wybitnym sportowcem, wybitnym grafikiem,  czy chociażby regionalną gwiazdą palestry. Tak, że zera się zgadzają.”
Potem ten taniec godowy przeszedł przez wszystkie stadia prezentacji, Ona stawała się Motylem, On Pawiem, oboje sobą zachwyceni. Każde sobą. Obok  ja, na chodniku, dwa poziomy niżej, w podartych portkach, kończyłem swoją butelkę, napierdolony i przesiąknięty ulicą, a nade mną oni – niezobowiązujący, piękni, zaczerpnięci z filmów Bergmana, programowo czarnobiali. No więc wlałem w tę ich dwukolorową rzeczywistość tęczowy zestaw barw czyli zrzygałem się koncertowo w okolice butów Pawia i, bełkocząc, powlokłem się do domu.