Pomiędzy

Najtrudniejsze są momenty „pomiędzy” pisaniem. Wena ma mnie wtedy w dupie, słowa nie chcą się sklejać, jakby były kupione w supermarkecie „Krzyś” przy wlocie do Rzeszowa, historiopowieści trzęsą się gdzieś w kącie, że jeszcze nie teraz i w ogóle mam ochotę podpalić czyjąś boazerię. B’łazerię.A umysł zaszpachlowany jakąś szybko twardniejącą mazią i zabity deskami.
Wymyśliłem sobie trening – zestaw przeróżnych zabaw z rzeczywistością, czasem przez wygięty pryzmat ściganych w majestacie prawa środków gotujących mózg, ale częściej przez żmudny, rzemieślniczy wysiłek układania historii z kilku losowo wybranych słów. Trochę jak w Ulicy Sezamkowej – sponsorem tego tekstu są dziś słowa „kokarda, cesarz, wykluć, ulica, kąt” – i jedziemy z koksem. Wersja maksimum – opisać możliwie dużą ilością synonimów, wersja minimum – stworzyć historię przy użyciu możliwie najmniejszej ilości słów. Po kilku godzinach ctrl+a i „idź pan w chuj z takim pierdoleniem” czyli kosz i jedziemy od nowa. Z całej tej bazgraniny wykluwa się czasem jedna linijka, którą pieczołowicie zawijam w kokardkę i chowam w kąciku swojej Ulicy Sezamkowej. Co cesarskie cesarzowi.