Powrót

Ponieważ lubię w życie, to zazwyczaj mam tak, że jak już gdzieś siądę, to zaraz się ktoś dosiada i zanim się zdążę obejrzeć trzymam mu dziecko do chrztu i jeździmy do Sanoka na Lidzbarskie cośtam Humoru i Satyry. Wydaje mi się, że to kwestia jakiegoś niewidzialnego magnesu, bo nawet jak nie wykazuje żadnej inicjatywy, ba, wręcz unikam krzyżowania się wektorów, te okazują się tak czy siak zbieżne. W efekcie odbyłem mnóstwo podróży – najczęściej do miejsc, gdzie ludzie wrzucają sprzęgło i na bezwładzie inercja wypierdala nas z obranej trajektorii i ciąg dalszy spowija mgła, bowiem w śpiochach trudno dostać kredyt. Ale bywa i tak, że ktoś mnie zabiera ze sobą za kreskę, za którą dowieduję się Którędy i wówczas potrzebny jest wdech, jak wtedy, gdy głęboko.

Po kilku dniach terroryzowania mitochondriów dymem i promilami polazłem do remizy, żeby wyzerować browarka, celem wyostrzenia obiektywu, bowiem świat za mgłą widziałem i mnie się giry rozjeżdżali. Oważ mazurska remiza stanowiła centrum życia kulturalnego – w weekendy piastowała funkcję miejscowej potupaji, która zawsze kończyła się zbiorowym wykonaniem „Tańca z szablami” Chaczaturiana, gdzie rekwizytem zastępującym szablę były drewniane elementy ogrodzenia, a w dni powszednie zamieniała się w ośrodek reanimacji onegdaj poległych czyli coś na kształt baru z ławami na zewnątrz i pielgrzymkowym głośnikiem. W poniedziałki bladym świtem około dwunastej, świeciła pustkami, bowiem wszystkie autochtony na przystani haracz z turystów ściągały, zatem zaanektowałem sobie ławę w rogu i tam oddałem się kontemplacji nad kruchą kondycją kościelnego, z którym wczoraj, po mszy, nakurwialiśmy siuwaks z gwinta na plebani-czy-zakrystii.
Po dwudziestu minutach na ogródek wszedł koleś. Wyglądał jak owoc romansu Waldemara Pawlaka z wiaduktem na Płochocińskiej – lekko zarośnięty, z minimalną ekspresją mimiczną, w pomiętej marynarce, z mokrą nogawką i ujebanych butach. Poczułem jak magnes w środku wibruje i wróciłem myślami na zakrystięczyplebanię, wszystko się zaraz wyjaśni.
Po dwóch minutach kolunio wrócił między ławy z półlitrowym piwem w dłoni i dopiero teraz zauważyłem, że był wielki jak drzwi od stodoły, ten jego kufel wyglądał jak kieliszek. Rozejrzał się po pustym obiekcie, po czym klapnął obok mnie, aż ławka stęknęła. Skinął głową, pociągnął solidnego łyka i się w sobie zapadł bez słowa. Poobserwowałem go chwilę spode łba, ale że nic nie można było z człowieka wyczytać, więc olbrzym po paru minutach jął mi się habituować z przestrzenią i powoli zlewać z ławką. Siedzieliśmy sobie tak w milczeniu, zatopieni w swoich sprawach i sączyliśmy piwo, gapiąc się na drogę i babę w gumofilcach, jak się szarpała z rowerem i furtką.
– To będę leciał – ni stąd ni z owąd wielkolud odezwał się do nikogo. – Do domu idę.
– Pruj – zgodziłem się skwapliwie, bowiem co go będę namawiał.
– Tylko nie chce mi się.
– To siedź, piwo jest.
Odwrócił się do mnie.
– Bo ja górnik jestem. Z Zabrza. Węgiel kopię – wyjaśnił.
Przyjąłem do wiadomości mrugnąwszy z aprobatą, acz skonstatowałem, że musi mieć cholernie daleko do roboty z tych Mazur. Też by mi się nie chciało.
Po dłuższej chwili podniósł głowę i popatrzył mi w oczy. Długo. Smutno. Magnes mocno zawibrował.
– Bo widzisz, moja żona jest stąd, z Kretowin, tam jak się na Morąg jedzie – machnął ręką w nieokreślonym kierunku. – I przedwczoraj ją pochowałem. I nie chce mi się do domu wracać. No i dlatego od piątku piechotą idę.

Wdech.