Prelekcja

Czasem ludziom, którzy zarządzają pierdyliardem środków, wpada do głowy karkołomna myśl, by rzeczone spożytkować na jakieś szkolenie łamane na prezentację i dzwonią uparcie, bym stał się owych środków beneficjentem. Nie wiem skąd pomysł, że się na czymś znam, ale zawsze udaje im się zgromadzić dwa miliardy słuchaczy, którzy – znowu nie wiedzieć czemu – sprawiają wrażenie zainteresowanych treściami, które produkuję. Kilka dni temu miałem robić szkolenia dla kadry menadżerskiej pewnej sieci, dość mocno zmaskulinizowanej, co ma o tyle znaczenie, że konkretnie to miałem być supportem Gośki, tej od cycków i tyłka, której sposób poruszania się gotował krew w żyłach, zatrzymywał windy w biurowcach, zrywał posypkę z gofrów, ścinał białko w jajku, zawyżał pogłowie bydła rogatego w nowosądeckiem – jednym słowem samograj, bo gdy wychodziła na scenę słuchacze byli kompletnie powaleni wizualnie, więc mogłaby pierdolić o czymkolwiek a i tak na koniec buzia, rąsia, goździk, ekhm, pani Gosiu, hehe, czyjestszansananumertelefonu. Przerabiałem to z nią kilka razy i wiedziałem, że mogę się usrać merytorycznie, eksplodować błyskotliwymi bon motami, odkryć nową planetę i na-niej-życie, a i tak chuj z tego będzie, bo gdy stężenie testosteronu na sali przekracza wartość progową, to „Bartek weź tam coś opowiedz, a potem dawaj Gośkę, ona ich rozniesie”. Najciekawsze w tym wszystkim było to, że jakkolwiek Małgorzata składała się ze wszystkich atrybutów fascynatki zczipowanym golfem dwójką w gazie – pompka w ustach, cycki dede, tipsy z wzorkiem – to oprócz tego obdarzona była zajebistym mózgiem, którego sprawność zahaczała o górne rejestry wszelkich testów na inteligencję. Domykała właśnie doktorat, płynnie operowała trzema językami i kolekcjonowała stare mapy. A w przerwach solarium i silikon. Niby wektory sprzeczne, ale i tak zebrani nie radzili sobie z erekcją.

Akurat kilka dni temu rola supportu bardzo mi odpowiadała, bowiem we Wrocławiu, do którego się z naszą prelekcją udaliśmy, spotkałem Piotrusia, pana reżyserza, któren to nie zwykł brać jeńców i w konsekwencji do hotelu wróciłem nad ranem, w wózku z Tesco i wiaderkiem rybek akwariowych, które chyba postanowiliśmy ratować od zagłady, ale nie pamiętam.
Wiedziony poczuciem misji nie kładłem się już spać, tylko wraziłem organizm pod gorącą ciecz celem wypłukania historii Piotrusia o tym, jak podpierdolili półtorej tony węgla, żeby górkę na planie zrobić, a po odmoknięciu przyjąłem stosowną dawkę kofeiny i w zasadzie to byłem jak nowy.

Zasiadłem sobie spokojnie do laptopa, bo do prelekcji zostały ze trzy godziny i oddałem się poszukiwaniu informacji na temat środowiska życia kolcobrzucha dwuplamego, któren to pluskał się pogodnie w wiaderku obok. Po dwóch godzinach, z marzeń o własnej ławicy, wyrwał mnie telefon od Gośki. Odebrałem ale głucha cisza, tylko takie „mmmmm, mmmm” w słuchawce. Za chwilę zapikał od niej messenger.
– Bartek, cholera, musisz dziś polecieć ze wszystkim sam.
W ułamku sekundy moją ławicę kolcobrzuchów wpierdolił rekin.
– Jak co sam, ja sam?! A ty?! – odklikałem, bo moja prezentacja była przewidziana na max 20 minut, poza tym nie wcisnę się teraz w garsonkę i nie mam turbodupy, za chuja nie uwierzą, że jestem Gośką.
– Ja muszę jechać na SOR – zapikał messenger po chwili.
Złapałem za telefon, bo to przecież zostało 45 minut, co ona mi tu z jakimś SORem wyjeżdża, przecież to ja wróciłem w wózku!
Odebrała i nic, tylko to „mmmmm” i „mmmmm”. No kurwa, co jest!
– Nie dzwoń do mnie, nie mogę rozmawiać! – piknęła po pięciu sekundach.
Zamurowało mnie. Przecież prezentację mamy, prezentacja jest, oni już się tam schodzą, jak to nie mogę rozmawiać!?
– Gośka! Co jest?!
– Tips mi się oderwał… – zaczęła pikać.
Nie no, kurwa, kompletnie wywaliło mi korki. Tips jej się oderwał. Tips. I nie będzie prezentacji.
– i musiałam go przykleić… – popikiwała dalej.
Może zasnąłem i to się nie dzieje?!
– …i otwierałam Kropelkę zębami – dokończyła.