Strategia

Maciuś był dzieckiem żywym i dość frywolnie traktującym wszelkiego rodzaju normy oraz zakazy, więc nasze drogi prędzej czy później musiały się skrzyżować. Wynajęliśmy mieszkanie, elegancko, dwa pokoje plus salon, więc „Marian, tu jest jakby luksusowo”, bo nas dwóch, wielka chata, muzyka od rana do nocy, gorzała, koks i w chuj eksperymentów z chemią. Bywało, że któryś z nas znikał w odmętach rzeczywistości i wracał po kilku dniach, przewrócony na lewą stronę jak DiCaprio w „Zjawie”, z ręką w gipsie i pizzą pod pachą.

Któregoś razu, pod koniec pierwszego miesiąca wspólnego mieszkania, wróciłem z fabryki producentów postaci animowanych i – znowu! – zastałem współlokatora leżącego nago na środku salonu, oglądającego dokument o Hitlerze.
– Maciuś, to jest Gosia – przedstawiłem partnerkę, z którą przyszedłem, chyba Gosię.
– Cześć Gosia. Czipsa? – Maciuś machnął miską z resztką laysów, bo z natury był bardzo gościnny i wyznawał zasadę „czym chata bogata”. – Tylko cicho, kurwa, bo oglądam.
ChybaGosię lekko zamurowało, bo raczej nie spodziewała się kumulacji, czyli że w domu poznanego przed chwila przygłupa bez ograniczeń zastanie drugiego przygłupa bez ciuchów.
Postanowiłem zainterweniować, zanim mi się chybaGosia definitywnie spłoszy i zostanę sam z tym gołym idiotą wgapionym w Wilczy Szaniec.
– Maciek, kurwa, czy ty nie możesz raz w życiu się ubrać, jak wracam?
– Stary, a skąd ja mam wiedzieć kiedy ty wracasz?
No tak. W punkt.
– No to chociaż siedź sobie z tą fajką na wierzchu we własnym pokoju, do chuja! – podbiło mi basy, bo chybaGosia patrzyła na drzwi wyjściowe z jakąś taką tęsknotą.
– To ja mam swój pokój?!
Ręce mi opadły.
– A co to, kurwa, jest?! – pokazałem drzwi na końcu korytarza. – Narnia?!
ChybaGosia się nie przyjęła. Trochę szkoda, bo miała cycki jak Salma Hayek.

Zdarzało się, że nie widziałem Maćka tygodniami – albo się mijaliśmy, albo go nie było, albo był i dwa tygodnie grał w jakieś odjechane gry strategiczne, prawie nie wychodząc ze swojej nory – budował te miasta, armie, prowadził wojny, kupował na aukcjach za pierdyliard złotych jakieś uzupełnienia mocy czy coś, jednym słowem – miał świra na punkcie strategii i erpegów.
Którejś nocy lunatykował, co mu się czasem zdarzało, i wlazł na autopilocie do mojego pokoju. Bezpardonowo przeszedł się po mnie – bo spałem na materacu – i dotarłszy do rogu pomieszczenia coś do siebie zaczął mruczeć. No kurwa! W środku nocy przelazł mi po głowie człowiek-tornado i się zainstalował w rogu na mrucząco!
– Maciek, ja pierdolę, przecież ja śpię, co ty robisz?!
– Mogę tutaj coś zbudować?

Obecnie Maciek jest dyrektorem w jednej ze strategicznych spółek Skarbu Państwa. Coś zbudował.