Suszarka

Sytuacja przedstawiała się następująco: wyszedłem polatać motkiem wokół komina, ale tak się jakoś to wszystko rozwinęło, że wacha skończyła się 360 kilosków od pinezki z domem. Czem prędzej zrobiłem zawrotkę, i wowczas ekranik telefonu oznajmił życzliwie, że alert RCB i burze, i wiatr, i grad i możliwe podtopienia. No ni chuja nie miałem ochoty szukać brodu swoim mikserem, bo to jednak ciężki kawał klocka i po mokrym to bardziej Grzegorz Filipowski z programem obowiązkowym z Calgary’88, więc manetka na szóstą i azymut na chatę. Traf chciał, że parędziesiąt kilometrów dalej stali sobie z suszarunią ludzie szeryfa i zapraszali do zatoczki, w której tłoczyło się jakieś dwieście milionów pojazdów, bowiem wszyscy oni na omawianym odcinku sprawdzali możliwości techniczne swoich aut, ze szczególnym uwzględnieniem algorytmów odpowiedzialnych za przeniesienie napędu.

Królem polowania był kamper wielkości małej wsi w lubuskiem na włoskich blachach, któren został zestrzelony przez stróżów prawa w mało fortunnym dla właścicieli momencie, bo akurat mamma gotowała była w czasie jazdy spaghetti dla czterech bajgli i rezolutnego męża, któren girę miał ciężką, ale gabaryt nikczemny i jak wyszedł z auta, to policjantom pod pachę wchodził. Przypadkowo trafiłem na piekło, które jedna z włoskich latorośli urządzała swoim rodzicom, przez co można było ulec wrażeniu, że składają oni małpę w ofierze, a nie negocjują z policjantami warunki uwolnienia z patowej sytuacji. Niestety, ani porucznik Papa Smerf ani jego przyboczny Smerf Ważniak nie ogarniali żadnego języka poza ojczystym, toteż sytuacja nabrzmiewała wykładniczo i gdy schodziłem z motocykla, mimowolnie stałem się świadkiem erupcji Etny w Trąbkach Wielkich, bowiem malec pierdolnął biedronę na poboczu i machał wszystkiema kończynami w randomowych kierunkach, zawodząc przy tym, jak Edzia Górniak w dwatysiacedrugim w Korei. Nad nim stała jego iksiksel mamma z odcedzoną chochlą pełną klusek, które próbowała mu wrazić, pomiędzy spazmami, w otwór gębowy, krzycząc przy tym, że no al dente mamma mia carabinieri papamobile, w czasie gdy trójka pozostałych dzieciaków usiłowała upchnąć w bagażniku głowę konia, a ojciec skladał policjantom korupcyjną propozycję nie do odrzucenia. W tle skocznie jodłował Toto Cotugno z nieśmiertelnym „Lasciantemi cantare”, w to wszystko znienacka wmieszali się Ukraińcy wracający osobowym Fiatem Mareą z roboty przy budowie tamy w Pruszczu, ale że było ich czterdziestu siedmiu, z czego czterech na fotelu kierowcy, to nie można było ustalić kto prowadził, do tego koleś z tira w samych majtkach i gumiakach przysięgał, że ma lejce na zestaw z przyczepą, tylko mu w pralkie wciągło. Jednym słowem – cyrk.

Po kilku minutach przebijania się przez ten jazgot, dogadałem się w końcu z funkcjonariuszami, że puszczą mnie w cholerę jak im pomogę ogarnąć tych zwariowanych makaronów z kampera, bo zaraz osiwieją, po chuj źeśmy tu, Waldziu, stanęli z to suszarko. Szybko zorientowałem się, że kluczem do opanowania armageddonu jest ustalenie powodu, dla którego mały Włoch tarza się po poboczu skowycząc na poły rzewnie a na poły rozpaczliwie. Okazało się, że Giorgio – tak bowiem szkrab miał na imię – kocha świnkę Pepę i ogląda ją z braćmi, tymi od końskiego łba, z namiętnością porównywalną do uczuć, jakimi moja babcia darzy poległą onegdaj w kartonach Mostowiak Hannę. Miłość i chuj. No i chodziło o to, że brat Peppy ma na imię George i Giorgio się popłakał, że on nie chce mieć na imię tak jak świnia.
Zdążyłem przed ulewą.