Świt

Przed balkonem mam drzewo. Kocham je, jest moim oknem na świat, pierwszym spojrzeniem, pogodą, nastrojem, cyklem. Razem rośniemy, razem się zielenimy, razem zmieniamy stężenie szczęścia w otaczającym świecie.
No i zamieszkał sobie na moim drzewku latający kurdupelek, nie wiem, gil jakiś czy czyżyk, w każdym razie rozkokosił się między gałęziami i zamieszkał był. Wszystko z nim w porządku, wesoły, dużo zajęć, załatwiania spraw z nowym meldunkiem, jakieś papiery, jakieś badylki, jakiś puch, wiadomo – nowe lokum, nowe życie. Lubiłem się na niego gapić, myślałem nawet, że jakąś szarlotkę na kruchym zagniotę i się do niego wbiję z sąsiedzką wizytą czy coś.
Niestety, czyżyk-czy-gil kilka dni temu przytargał na kwadrat jakąś swoją fruzię. No i standardowo – amory, czerstwe teksty, puszenie się, wypinanie klaty czyli wszystko, żeby zaliczyć wkładkę. Fruzia specjalnie oporna nie była, więc szaleństwo i piórka w powietrzu latały w te i we w te. Niespecjalnie by mnie to obeszło, niech sobie czyż dmucha te swoje niunie, no ale ta akurat miała pewien defekt. Wszystkie ptaki wokół ćwierkają, śpiewają, popiskują, te dźwięki jakoś na siebie fajnie nachodzą, natomiast ta kurwa darła mordę jakby ją ze skóry obdzierali. Nie dało się wytrzymać! Piłowała ten dziób jak opętana od 4 rano jednostajnym dźwiękiem stoczni w trakcie spawania kadłuba, nie dało się spać, no żesz ja pierdolę! Czyż, coś ty do domu przytargał, stary, przecież to się nie da żyć, co ty jesteś jakiś głuchy?!
Wyszedłem w końcu któregoś świtu na balkon, niezapaliłem i zacząłem w tę cholerę wbijać ciężki wzrok. Szybko się zorientowała, że wypalam jej dziurę w pleckach i, nie przerywając swojego uroczego charkotu, jęła odbijać piłeczkę. Czyli wbiła wzrok we mnie. Drąc mordę. A idźżesz w pizdu, tępa dzido, jeszcze będzie mi tu psychę ryła, że się gapię. Dosyć tego, nie będzie mi tu przybłęda wprowadzała swoich porządków! Tu trzeba reagować, jak teraz odpuszczę to się, kurwa, nigdy nie uwolnię od tego upiornego dźwięku.
Schowałem się za filarek i z niemca analizowałem możliwości rzutu kowadłem w nową dupę gila. Czy czyża. Gila chyba. W trakcie tych moich morderczych rozważań fruzia wygramoliła się z gniazda, sfrunęła na dół i … ucichła.
Odetchnąłem.
Po chwili wróciła. Z piłowaniem dzioba.
Westchnąłem.
Znowu wyfrunęła i znowu cisza.
Odetchnąłem.
Znowu wróciła. Z ryjem.
Znowu.
Znowu.
Cykl. Na górze darcie japy i stocznia, a cztery piętra niżej luzik, cisza, pełen relaks. W końcu załapałem. Ta franca ma lęk wysokości!