Swoje miejsce

Zachodnioeuropejski model edukacyjny, który kładzie nacisk na indywidualizm i autoprzebojowość, przypomina mi grę z dzieciństwa „Znajdź 10 szczegółów”. Uwielbiałem ją, bo była natychmiastową weryfikacją mojej spostrzegawczości, szybkiego kojarzenia i możliwości intelektualnych. Lubiłem godzinami wgapiać się w dwa, niemal identyczne rysunki i szukać różnic. Po jakimś czasie, gdy przyglądałem się takim grafikom, już na starcie potrafiłem dostrzec szczegóły, które je dzieliły. Różnice. One miały pierdolnięcie.Jakiś czas temu poszedłem do kościoła, bez specjalnej okazji, po prostu lubiłem posiedzieć sobie w Jego obecności, nawet jeśli nic nie mieliśmy sobie do powiedzenia. Pewnie właśnie wtedy gadaliśmy najwięcej, ale to temat na osobną opowieść. Tak czy owak, wbiłem do kościoła i jebnąłem kwitami. Czyli przelało się, bo doszedłem do wniosku, że ten kościół to, w dużym stopniu, zbieranina łkających babć i siąkających dziadków, którym powolutku wyczerpywały się alternatywy. To wszystko przyprawione jadem z faszyzujących ortodoksyjnych posiadaczek oryginalnych nakryć głowy z wełny kóz angorskich oraz archaicznym językiem kolesia w sukience, który mówi mi, że jest duszpasterzem i że jakiś Jezus chce mnie przytulić do swej piersi. No dobra, to żeby wszystko było jasne – trzy dychy mi już pękły parę chwil temu i, po pierwsze, koło chuja latają mi religijne przytulanki z jakimś kolesiem i raczej mało nęci mnie perspektywa przykładania głowy do piersi jakiegoś guru, a po drugie, ostatni raz kontakt z pasterstwem miałem, kurwa, w latach 80 ubiegłego wieku. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że wśród mojej rodziny, znajomych, sąsiadów, kolegów-z-naszej-klasy, koleżanek-jednorazowego-użytku czy krewnych zza granicy nie ma ani jednego pasterza. Duszpasterz? Serio?! No, kurwa…
Nie lubię mieć spraw niezałatwionych, a że jakiś czas temu przestałem srać żarem na widok gościa z koloratką, więc szybko wyhaczyłem, który konfesjonał akurat nie jest zajęty i wparowałem do niego, trzaskając za sobą drzwiami, co by sobie sprawę tych łkających babciodziadków i duszpasterzy wyjaśnić.
Zastukałem w altankę-czy-jak-tam-się-ten-pojemnik-na-księdza-nazywa i bez zbędnych wstępów przeszedłem do sedna.
– Słuchaj no, kolego – podniosłem głos na zawartości altanki – mam dość rytualnego pieprzenia, naprawdę dość, słyszysz?!
Księżulo, młody facet, chyba zdębiał, bo odpowiedziała mi cisza, ale taka, co uszy od niej bolą. Tylko ramka konfesjonału zaskrzypiała, ale nieśmiało i od razu ucichła.
– Tu nie ma żartów, tu się rozgrywa gra o duszę, rozumiesz, o moją duszę! – kontynuowałem z narastającą pasją od razu waląc z grubej rury, bo co się będę pierdolił w jakieś gierki i gładkie słówka. – Jak mnie spróbujesz zbyć jakimś bezbarwnym komunałem, że miłość, że tajemnica, że umiłowany-bracie-i-siostro, to wyjdę stąd w cholerę, wyjdę i nigdy więcej nie wrócę, słyszysz? I to na twoje sumienie klecho pójdzie, na twoje sumienie, rozumiesz?! Nie odpuszczę, po prostu nie odpuszczę, koleś. Nie zniosę bzdur i mydlenia oczu, więc dobrze się zastanów, zanim otworzysz usta i cokolwiek powiesz!
I opowiedziałem mu wszystko. O klepiącej bez zrozumienia różaniec babci z ławki po skosie, o zaszlochanym dziadku z płytkim afektem, o kościele, który kompletnie nie jest mój, bo nic mnie z nimi – płytkim dziadkiem i klepiącą babcią – nie łączy. Powiedziałem, że nie mam też nic wspólnego z księdzem, który grzmi z ambony wygrażając palcem i jebniętymi laskami z oazy, które mają spódnice do kostek, glany i meszek-wąsy pod nosem a które gromią mnie, pełnym moralnej wyższości spojrzeniem, za zbyt bezpośredni język. Że nic mnie nie łączy z bojówkami spod znaku piernika z Torunia, że sposób mówienia papieża-Polaka był strasznie wkurwiający a żart o kremówkach to suchar. Że większość księży używa języka sprzed dwóch tysięcy lat i że nie chce mi się siedzieć na pasterce, bo najebię się od samego oddechu obecnych. I że ten Kościół – zbiór ludzi w sensie – wywalił mnie za nawias w momencie, gdy modlitwa przestała być odmawianą formułką i teraz siedzę z tym sam, bez swojego miejsca i jest mi, psiamać, smutno.
Skończyłem.
Znowu ta cisza co bębenki w uszach rozrywała. I ta ramka skrzypiąca. Cisza. Gówno mnie to obchodzi, pomyślałem, nie wyjdę stąd dopóki tego nie załatwię. Nie wyjdę.
Długo milczeliśmy. Naprawdę długo.
W końcu zakonnik wstał, powiedział, że zaraz wróci i wyszedł z konfesjonału. Po kilku minutach wrócił z małą książeczką w ręku. Wiersze Twardowskiego. Przekartkował, znalazł to czego szukał i mi podał.
– Przeczytaj – spojrzał mi w oczy. – Przeczytaj to, bracie.

(…) tamten miał nos za czerwony
inny płaszcz za długi(…)

– Rozumiesz teraz? – tym razem popatrzył pytająco. – To nie ty ich wybierasz. Gdyby to należało tylko do ciebie, zawsze w końcu zobaczysz różnice. Coś, co cię dzieli. I nigdy nie znajdziesz wśród nich miejsca dla siebie. Poszukaj tego, co łączy.
I tyle. Koniec.
Aż tyle.