Tygodnia początek

Kawa wlewa się w trzewia, czerwone krwinki skorumpowane kofeiną nie negocjują, zdradziecko pompując do komórek adrenalinę i (chyba) kortyzol, bo sznurki w głowie napięte do nieskończoności. Czuję się jakbym połknął bombę, tyka w głowie zapalnik, za chwilę wybuchnę jak szyba autobusu wiozącego mnie dziś do pracy. Zabrzmiała – szyba w sensie – jak wystrzał, rozpadając się na milion iskierek – i utonęła w krzyku pasażerów. Ktoś rzucił kamieniem łamane na strzelił z małego kalibru, prawie słyszałem urągliwy chichot Rumplestiltskin’a zadowolonego z kolejnego karbu na worku z idiotycznymi zdobyczami. Wycieram go myszką do wycierania półgłówków, kątem oka gapiąc się na roztrzęsionego kierowcę zbierającego pieczołowicie każdy odprysk szyby. Po co  ci to, koleżko, chcesz ją skleić?!. Oczy nie mają kątów.
Wracam z powrotem na poligon z odłamkami szkła. Jakiś niebieski as o emploi kapitana MO postanowił się wybić na „sprawie szyby” i z zamachowca zrobić Breivika: – „to nie mógł być przypadek, ktoś zrobił zasadzkę, poproszę dane pasażerów”. A skąd, kurwa, mam wziąć dane współpodróżujących? Z głowy jadę, bo nie wierzę w to co słyszę, licząc na to, że się Colombo zorientuje. Przy trzecim peselu coś go tknęło chyba, bo zaczął mnie tępo świdrować oczkami i zapytał czy sobie robię jaja. Nie, skądże, po prostu wchodząc do autobusu zapamiętuję pesele pasażerów. Zawsze. Co w tym dziwnego? Chyba się wnerwił, bo zaczął coś bełkotać o konsekwencjach fałszywego składania zeznań i takie tam pierdoły. Teraz ja się na niego z kolei zacząłem gapić, czy on tak serio, czy gra w „W-11”, ale nie zanotowałem żadnej reakcji. Glina nie myśli. Glina działa. No dobra, to ja się poddaję. Nie wiem, ktoś strzelał. Nie znam człowieka. Zrobił to dla pieniędzy na pewno. Bo za mało jest pieniędzy, żeby starczyło dla wszystkich. Jak go zobaczę to natychmiast dam znać organom ścigania.

***

Po dwóch kawach czas na melisę. Na się nie pocenie. I w ogóle luz. Stałem się specjalistą od robienia w konia własnego organizmu – najpierw mu nakręcam sprężynę, na krawędź, z gazem w podłodze i ślizgiem po bandzie. Gdy już trę ryjem po ścianie, wlewam mieszankę odcinającą napęd i lecę rozpędem. Klemy zdjęte, prąd odcięty. Jakbym szybował. Lubię.

Moja koszula ciągle pachnie sobotnim ogniskiem…