W tłumie

W piątek się popsułem, wlewając w siebie jakąś umiarkowanie stabilną kompilację płynów z butelki-z-kobrą łamaną na strzykawkę z czymś tam nie tego. No i mi się kolory pojebały. Najpierw myślałem, że standard, tryb sepia, trzeba przeczekać, ale im dalej w las tym bardziej negatyw i zorientowałem się na przykład, że przeciwieństwem bordowego jest taki majtkowy fiolet.
Generalnie trudno to wyjaśnić, po prostu na imprezie, na której są trzy miliardy ludzi, potrafię odpiąć dopływ rzeczywistości i być kompletnie sam, ze swoimi myślami, wyobraźnią, brakiemkolorów albo barwnadmiarem. Lubię tam być, bo stamtąd często wyłażą literki, ale czasem ktoś mnie trąca albo wpadnie i interakcja się dzieje, zanim zdążę wyłączyć bezpieczniki.
Stanęła przy mnie taka czarna, ubrana w same buty, bo reszta ubrania była tak bardzo zgrana z powłoką, że nic nie było widać. Generalnie oszczędność tkaniny level master, nic do ukrycia, wszystko jasne.
Stoimy tak obok siebie, łokieć-w-łokieć i wpatrujemy się w pstrokaty, wirujący tłum.
– Jak się bawisz? – wykrzyczała w końcu i nachyliła się w moją stronę falując bufetem.
– Co?
– JAK SIĘ BAWISZ?!
– Bartek.

Tak, że tak.