Widok

Siadłem sobie na parapecie wysokiego budynku, tego z opadniętą szczęką i panoramą miasta pod sobą. Włamanie się do niego chwilę mi zajęło, ale bardzo lubię ten widok, szczególnie w chwili, gdy coś się w nim zmienia – pora roku,  pora dnia, nowy budynek czy wydarzenie z kuriera wieczornego. Taka gra w szczegóły – co jest inne od ostatniego razu, znajdź 5 różnic. Czasem nic się nie zmienia. A czasem nic nie jest na swoim miejscu. Lubię tu być.

***

Wytarte spodnie, bluza wciągnięta przez głowę, styropianowy kubek, słuchawki w uszach,  lapek na kolanach i nogi wiszące z 17 piętra to fajny sposób na ulubioną porę dnia – ten moment przejścia z błękitu w granat i z granatu w czerń, z czerwonymi refleksami w tle i budzącym się Innym Miastem. Skończyłem pracę – znowu to uczucie, że  biuro to stan umysłu , jeśli umiesz postawić biurko w środku głowy, ściany nie są potrzebne – i wdrapałem się na ten mój parapet, by podłączyć akumulator, plus do plusa, minus do minusa. Tu, wysoko, można się dłużej wszystkiemu poprzyglądać, czas się zakrzywia, a wrzątek dłużej gorący. Ruch na dole ma w sobie coś hipnotyzującego, jak spojrzenie w płomień świecy i zabawa z cieniem. Najefektywniej działam 50 metrów nad ziemią, wysokość ma w sobie coś, co odrywa, chyba mniejsza grawitacja i pomysły łatwiej się unoszą, bo wtedy czuję, że mam swoją własną architekturę, opieram punkt wyjścia na zamkniętych drzwiach i sam nadaję znaczenie temu, co nic nie waży.

***

Tymczasem na zewnątrz najfajniejszy czas świata sam napędza się widokami, stąd już blisko wszędzie, świetliki na dole mrugają, coraz więcej i więcej, małe pożary odbijają się od wszystkiego co płaskie i śliskie, długi cień wdrapuje się na ścianę naprzeciwko, a ja siedzę sobie wysoko i zamiatam swój kawałek podłogi, chłeptając ostatnie dzisiejsze luksy…