Zwykły dzień

Moją odludkownię słońce prześwietliło wzdłuż i wszerz, omiatając miejsca, które światło razi i mruży twarze. Położyłem się na podłodze między szczebelkami i gapiłem się dwie godziny w niebo. Nie było treningu, pierwszy raz od miesięcy, więc placek na podłodze to taki luksus, którego ceną była krwawa batalia ze współpracowniczką, która rwąc włosy, brocząc nienawiścią i plując jadem, zaakceptowała warunki wspólnego kooperowania w jednej firmie. Oczywiście, potem jej zachowanie zaczęło przypominać zachowanie wściekłego chomika, który z trudem sobie radzi z awarią kołowrotka, w którym tak lubi biegać, ale to w sumie niewygórowana cena za wizytę w zoo. Sam na sam w klatce. Ze sfrustrowanym chomikiem. Czad.
***
Poszedłem potem do parku z Lu, który postanowił wytropić każdy efekt defekacji przedstawicieli jego gatunku i go rytualnie zbezcześcić. To niezwykle, jak zwierzaki potrafią być uparte w swoich dążeniach, których kierunek wyznacza instynkt. Obaj schechłani, jak łasica z migotaniem przedsionka, ale zadowoleni jak Kwaśniewski w Charkowie, popędziliśmy do knajpy, w której moja koleżanka I. wyprawiała ekwilibrystyczne cuda z tacami, wypełnionymi po sufit wymyślnymi potrawami, serwowanymi przez Pięknego A. Tu warto dodać, że I. to niezwykle pogodna postać, mikroludzik z kapitalnym poczuciem humoru, najweselszym uśmiechem na świecie i aparycją trzpiotki, przy tym bardzo bezpośrednia i pozbawiona czujników obciachu.
Po moim przyjściu, I.,w tajemnicy, zdradziła, że, w sąsiedztwie naszego – tj. Luckowego i mojego – stolika, ulokował się Nieprawdopodobnie-Przystojny-Aktor-W-Którym-Wszystkie-Nie-Wyłączając-Jej-Się-Kochają. Otaksowałem amanta badawczo ale dupy za bardzo nie urwało. Ot, trochę taki kurduoplowaty macho z filmów Jacquesa Cousteau. Mnie przypominał uśmiechniętą krewetkę, no ale ja się nie znam, może uderzające podobieństwo do skorupiaka jest jakimś atawistycznym wzorcem urody, za którym laski szaleją i popiskują. Guzik mnie to obchodziło, martwiłem się ewentualnym kleszczem w ciele Lu i kursem franka – nie wiem czemu,bo gospodarczo byłem od niego w pełni niezależny – gdy spod ziemi wychyliła się I., cała w pąsach, owiana mgiełką Chanel, zwiewna i powabna niczym Świtezianka, z dwutonową tacą w jednej(!) ręce, na której (tacy, nie ręce) piętrzyły się tony jedzenia made by Piękny A. Posuwistym, lekko tanecznym krokiem, udała się do stolika okupowanego przez Przystojnego-I-Znanego-Aktora-Siedzącego-Ze-Swoją-Świtą i dalejże mu wypakowywać na stół to całe żarcie – przystawki, zupy, dziczyznę, oswojoniznę, warzywa, owoce, desery- no kurwa wszystko, co tylko Piękny A. miał w swoim królestwie. Łopatą to chyba jej na tę tacę nakładał. Upocona, acz pełna uwodzicielskich uśmiechów i lekko spłoniona I. zasypała wreszcie amanci stół pokarmem, gdy zorientowała się, że nie przyniosła sztućców! Klasyka. Niestety, obiekt jej westchnień także dostrzegł tę, mrożącą krew w żyłach, wpadkę i zapytał: „Przepraszam bardzo, zdaje się, że zapomniała pani sztućców, czym mam to wszystko jeść?” I., rozpalona do czerwoności, z płonącymi uszami, spojrzała mu zalotnie w oczy i odparła: „Pyszczkiem!”
Cała zawartość moich ust wylądowała na stoliku, a ja zleciałem z krzesła.
***
Wieczorkiem siadłem sobie z pierwszym w tym roku piwkiem i blancikiem nad Wisłą. Pierwszy łyk mnie zawsze rozwala. Reszty może nie być. Zniknąłem.