Granica

Wlazłem do warzywniaka na debecie, czyli lekki kac po wczoraj, czytaj: bez szczególnej potrzeby zawierania jakichś znajomości-na-całe-życie, a akurat jakiś pyzaty garniak wygłaszał referat na temat dotykania pomidorów. Że on nie będzie kupował jak inni dotykają i że powinny być rękawiczki foliowe i że on to generalnie zainteresowałby nimi – tymi pomidorami – sanepid. Właścicielka sklepu, Marta, przez kilka zdań usiłowała się przedrzeć, ale Pan Sterylny głosem ciął jej argumenty na plasterki i, po przeżuciu, wypluwał. Pod spodem tliła się, na moje oko, fascynacja martowymi cyckami i jakaś podskórna skłonność do sadomaso, bo im bardziej się do tych pomidorów przypierdalał, tym bardziej wyglądał na wielbiciela wosku i tej takiej kulki w ryju. Dobra, jakoś to przetrwam, w końcu nie mnie smaga pejczem w myślach, niech się już tylko ten czas kurczy, bo na razie wisimy w próżni. Czyli Pyza peroruje jak ważne są zasady i czystość, Marta-z-warzywniaka słucha z uszami blisko czaszki, a ja jadę na długich.
I wtedy, przez witrynę, zobaczyłem jakąś steraną życiem i wódą miejscową sztajmeskę, jak leje smyczą swojego psa marki kundel, bo cośtam cośtam. Zanim zdążyłem się obejrzeć, już byłem na zewnątrz.
– Popierdolilo cię, halina?! – ryknąłem na rodzaj żeński od słowa menel i wyrwałem jej smycz. – Sama się tą smyczą jebnij!
– Co, kurwa?!… – halina na autopilocie popłynęła, bo przyzwyczajona do języka zarejestrowała przekaz, ale obraz jej się nie spinał z podmiotem, który na nią ryj piłował.
– Gówno! – uciąłem wątek. – Dotknij go jeszcze raz, to ci tą smycz, kurwa, dookoła szyi owinę! – przykucnąłem przy kudłatym uszatku i go niepogłaskałem. Cały chodził, prawie mnie nieugryzł z tych nerwów.
W tle ulica zamarła, wszystko się zatrzymało i otoczyło nas milion spojrzeń. Znikąd przyturlał się jakiś lekko najebany baryłka, jeden z sześciu konkubentów właścicielki psa i dawaj wyjaśniać. Głos miał jakiś taki wkurwiający, do tego wyglądał jakby ktoś w ziemniaka patyki powkładał, więc tylko dowyryknąłem, żeby się nie wpierdalał i skończyło się adwokatowanie.
Sztajmeskę te huki trochę jednak przywróciły do pionu.
– A co to, twój pies?! – wycharczała, ale ponieważ już wyczuła którędy biegnie fosa, to się-raczej nie zbliżała.
Wstałem, dałem krok w jej stronę i spojrzałem w oczy. Ostro, trochę jak świr.
– To, że jest twój nie znaczy, że możesz go bić. To pies jest, kumasz?! – Zacząłem narastać. – Pies, kurwa! Pies. Stworzenie. Nie rzecz. Pies! Dotarło?!
– Ale…
– Zamknij się i powiedz, że dotarło!
– Dobrze, już dobra…- kompletnie zaskoczona sztajmeska odpuściła i stanęła tak w-pół-kroku. Stała i otaksowywała mnie spode łba w górę i w dół.
Adwokat w międzyczasie pododawał dwa do dwóch i mu wyszło, że musi wrócić na pozycję. Tym razem stanie za silniejszym.
– Na chuj go bijesz?! – przypuścił atak na konkubentkę, pewien wsparcia ze strony obrońcy prawa. W sensie, że mnie. Znowu pudło.
– Ty, mistrzu, głuchy jesteś?! – stanąłem między nimi i wylałem kubeł zimnej wody na jego święte oburzenie. Musiałem przekonująco wyglądać, bo znowu momentalnie zgasł.
Trochę ze mnie zeszło. Odwróciłem się do szczerbatej posiadaczki sztajmesich serc. Stała jakaś taka niewyraźna. No bo tu na nią drę mordę, tu znów jej bronię, huśtawka jakaś, o co chodzi?
– Co ci ten pies zrobił? – jako, że pożar przygasł, zainteresowałem się przyczyną. Nie chciałem jej zostawiać wypełnionej moim krzykiem.
Trafiło w miętkie, bo oczy się zaszkliły.
– A bo on mnie tak ciągle szarpie i wyrywa…
– …to pies jest – wszedłem jej w słowo. Nie chciałem dać jej się rozwinąć. Nie dziś. – Szarpie, bo jest psem, to nie jego wina. Jak ci to nie leży, to go gdzieś oddaj.
– No coś pan! – obruszyła się – Niuńka?!
Czyli dotarło.
Podałem jej smycz i wróciłem do warzywniaka. Pyza stał przy kasie i bez słowa płacił za pomidory. W końcu wyszedł, łukiem takim, starannie unikając kontaktu wzrokowego ze mną. Dziwny typ.
Zrobiłem swoje zakupy i poturlałem się do drzwi. Przy drzwiach dogonił mnie głos.
– Ej, Bartek, a fajek?
– Co?
– No, fajek. – Marta wykonała gest dłonią przy ustach. – Cho na fajka.
No tak. Marta i fajek. Taki nasz codzienny rytuał. No dobra.
Za sklepem siedliśmy sobie na murku i towarzysko niezapaliłem.
– Wiesz, jak wyleciałeś do tego psa, to nie zamknąłeś drzwi. No i jak zacząłeś ryczeć, to ten koleś w gajerze myślał, że to do niego – zachichotała właścicielka „Warzywka” – O te pomidory. I go kompletnie zatkało, tak wiesz, w pół słowa.
Gówno mnie obchodziło samopoczucie Pyzy, więc mhymknąłem tylko i kontynuowałem sobie niepalenie.
– Pierwszy raz widziałam, jak krzyczysz. Zawsze taki uśmiechnięty i wyluzowany, a tu nagle taki agresor! – Marta jakoś przemycała swoje kobiece fascynacje testosteronem. W sensie poszła w kocicę. Kawałek za daleko.
– I co, ciebie to jara? – zapytałem wprost, patrząc jej w oczy.
– Nie, no… – uśmiech i odwrócony wzrok. Czyli za daleko.
– Bo widzisz, tu biegnie kreska. – narysowałem patykiem linię na łysym-nie-trawniku. – Granica taka. We mnie biegnie. I jak ją przekroczysz, to chuj mnie obchodzi co ma na myśli baba od psa, facet od pomidorów, czy ty teraz.