Krzywa podłoga

Wylądowałem na urodzinach Małgosi w lokalu S., mekce warszawskich yuppie, hippie, i w ogóle –pie. Wylądowałem z tablicą Mendelejewa w żyłach, świętując przy okazji swój jakiś sukces, bez planu na najbliższe dziesięć minut. Tłum trzymał mnie w pionie, a ja, wykorzystując jego ruchy rzęskowe, przedzierałem się ku oświetlonemu centrum knajpy, przystrojonemu pogodną oberżystką w rozmiarze XXL. Zająwszy upragnioną pozycję przy barze, rozpocząłem dość komiczne próby uchwycenia ostrości, bo podłoga zdawała się falować, a stołek, jeśli to był stołek, pływać. W zasadzie moje heroiczne wysiłki musiały z boku wyglądać dość komicznie. Nieprzywykły do „stanu bajkowego”, w jakim się znajdowałem, co chwila usiłowałem zająć pozycję bardziej strategiczną niż poprzednia i, w konsekwencji, albo syczałem uderzając się w piszczel, albo syczałem, bo nie trafiałem w podłoże wystarczająco stabilne. Taki trochę taniec godowy.
Ni stąd,  ni zowąd moje popisy koordynacji przerwała dziewczyna z dość dużym rowerem na twarzy, okularami w sensie, wystylizowana na hipsterską Avę Gardner – fale włosów, buty, kolczyki, sukienka, nawet jaskrawożółta szalikochusta bezwładnie zwisająca z wiotkich, w zamyśle, ramion, nie miały w sobie nic z przypadkowości. No i do tego tego wianuszek fanów, rzucający przeciągłe spojrzenia, których Piękna Ava zdawała się nie zauważać. Tylko jakiegoś produktu Apple’a do kompletu brakowało, no ale głupio tak jabłkiem epatować, zanim się obecnych nie powali swoją olśniewającą kreacją. Najpierw pogadać trzeba, a rozmowa musi brzmieć nieprzypadkowo. Padło na mnie.
– Przepraszam, jesteś-znajomym-Małgo-skąd-się-znacie-ja-też-skończyłam-studia, jesteś tu sam? – głos miała wystudiowanie aksamitny. Ekstraklasa.
– Proszę – odparłem rzeczowo. – Tu? Sam – dokończyłem po chwili, bo musiałem najpierw opanować sprężyny. W kolanach.
– Strasznie głośno, prawda? – kontynuowała nie patrząc na mnie, tylko obdarzając życzliwym spojrzeniem zebranych gapiów. Trochę, kurwa, jak papież.
Przyjrzałem się jej dokładnie. No, piękna. Łeb urywa, że taka piękna. Trudno, będzie bolało.
– A widujesz czasem oposy, tak na żywo, jak mnie teraz? – podjąłem nowy, interesujący wątek.
– … nie słyszę. Czy co widuję?
– Mam patyczaka w domu. Nawet fajny, tylko na zielonym słabo widać.
– Naprawdę nie słyszę. O czym ty mówisz? – Tym razem oderwała wzrok od tłumu i spojrzała na mnie, mrużąc oczy.
– Zwierzęta. Lubię. Proste. Wbiłaś kiedyś komuś nóż do obierania warzyw w oko?
– Co..?! – Jej brwi w ekspresowym tempie znalazły się na środku czoła.
– No taki do marchewki taki.
– Słucham?! – Jej głos podskoczył o oktawę.
– Widelec chociaż?
Wytrzeszczone oczy Avy zdawały się wypełniać całą jej twarz. Zaczęła przypominać leniwca z Epoki Lodowcowej.
– Widzę, że nie bardzo. Szkoda… – Uśmiechnąłem się krzywo. – Często pijesz deszczówkę? – płynnie zmieniłem temat.
– Nie, nigdy chyba nie piłam… – odparła niepewnie.
– To ważne jest – przerwałem. – Coś nie klei się nam ta rozmowa, w sumie to się nawet nie dziwię, musisz bardzo lubić filmy o tureckich więzieniach.
– Słuchaj. – Brwi ślicznotki wróciły na miejsce – Ja w ogóle nie rozumiem, o czym gadamy, jakiś urwany z choinki jesteś, co nie?
– Co za różnica? Przecież równie dobrze mogę być bratem premiera Ugandy. Bliźniakiem.
– Co?
– No takim podobnym. Mama przy porodzie też była zaskoczona, że nas dwóch jest.
– Nie nadążam za Tobą. – Zmarszczyła czoło.
– To grawitacja. – Podniosłem butelkę z piwem. – Za ciężkie buty, nie te drzwi, nie ten facet. Ale luz, skąd mogłaś wiedzieć?
Cisza.
– Myślisz, że jestem… – podjęła po chwili.
– … kaczuszką? – wtrąciłem, patrząc na tłum. – Nie, za mało żółtego. Byłaś kiedyś w Malborku?
Parsknęła śmiechem.
– Dlaczego kaczuszką? – zapytała chichocząc.
– O Malbork nie pytasz?
– Ale dlaczego kaczuszką?
– Bo to zamek krzyżacki, kawał historii, czasem warto zobaczyć na własne oczy.
Ramiona Avy opadły.
– Zgubiłam się – westchnęła.
– Wiem. Już wtedy, gdy do mnie podeszłaś.
– Nie, nie – przerwała mi. – Teraz się zgubiłam.
– To postój zrób i pobądź sama. Pomaga.
– Ale przecież dopiero… – Zawahała się.
– Ja też. I jakoś mi to nie przeszkadza.
– Co Ci nie przeszkadza?
– Że masz wytatuowaną kozę.
– Jaką kozę?! –  Wybałuszyła na mnie oczy. – Nie mam żadnego tatuaża!
– Tatuażu – poprawiłem. – Dopełniacz.
– No to nie mam żadnego tatuażu z kozą!
– Może jest w kształcie podkładów kolejowych, skąd mam wiedzieć?
– Za kogo ty mnie masz?! – zapytała ostro.
– Za elficką boginię płodności – odpowiedziałem, zgodnie z prawdą.
– Czyli…?
– Czyli nie istniejesz. Na razie.
W tył zwrot.
I tyle.