Niewybory

Kierownik, jeden z miejscowych sztajmesów, już lekko trafiony, zagadnął do mnie z naszej ławeczki w parku.
– I jak, szefie, spierdalasz z kraju na pontonie czy drutem nowe Polskie owijasz?
– Zostaję, Kierowniku, nie ma co się napinać – odparłem pozytywnie – Dojechaliśmy do dziś to i jutro też jakoś damy radę, nie?
– Na zeszłe wybory to miałem zawał, pamiętasz? – przewrócił niebieskimi od gorzały oczami. – Ledwo żem spod topora uciekł, tak mnie te złodzieje wkurwiły.
– Nie pierdol, Kierownik – zaoponowałem – Zawał to miałeś, bo wódy wiadro wypiłeś na hejnał.
– Eeeee tam – machnął ręką ze złością. – Bo jak zobaczyłem, że lata mijają, a ryży z kurduplem się znowu o gabinet szarpią, to mnie szlag trafił. Każden by się napił.
– Nie widzisz różnicy między nimi?
– Człowieku, jaka różnica, to przecież jeden chuj jest. – Kiero pociągnął tęgi łyk samogonu. – I jak kiedyś taki kudłaty ze sztucznym kutasem i łbem świni po sejmie latał, to tera tak samo latają, tylko się w ciaśniejsze ciuchy poubierały.
– To z tym kutasem w sejmie wtedy to hapening taki był.
– Co niby że było? – jego oczy miały kolor Zalewu Zegrzyńskiego
– Hapening. Żart taki – wyjaśniłem.
– Nie bawią mnie żarty polityczne. – sapnął smutno. – Niektóre z nich reprezentują mnie w parlamencie.