Cukierek

Jasio, jak był mały, był bardzo zaradnym brzdącem, mającym swoje zainteresowania i plany na życie. Na ogół dreptał swoimi ścieżkami i nie przeszkadzało mu, że czasem znajdował się w czarnej dupie. Wracał i tyle.
Któregoś razu, na Mazurach, postanowił połowić. Z pomostu, jak tata. Siąpiło-mżyło-dżdżyło, zimno i w ogóle pogoda bardziej do dupy niż Majorka, więc nikomu z dorosłych nie uśmiechało się szurać z malcem nad wodę. Ale Jasio, uparty jak średnich rozmiarów osiołek, uzbroił się w wędkę, podbierak, tatowe wodery, w których wyglądał jak duża głowa przymocowana do butów, płaszcz przeciwdeszczowy, specjalną czapkę z różnymi haczykami i dawaj, poturlał się na pomost. Troskliwa mama, jak to mama, z werandy-tarasu obserwowała dzielnego pogromcę szczupaków, jak walczy z wędziskiem, żyłką, błystką i próbuje zorganizować rodzinie obiad. Grillik ćmił, piwko się lało, opowieści werandowe się śmiały, psy ganiały za badylkami, malec łowił, deszczyk kapuśniaczył. Ogólny luz.
W pewnym momencie mama omiotła wzrokiem pomost i nie zarejestrowała latorośli. I od razu wiadomo – kop adrenaliny, pikawa 220, mgła na oczach i turbosprężarka w nogach. Przy pomoście znalazła się w mgnieniu oka, między trzecim a czwartym zawałem i zobaczyła brzdąca po brodę w jeziorze, z rękami nad głową, trzymającego wędkę i cichutko, bardzo cichutko szepczącego: „Ratunku”. Po trzech sekundach, niedoszły topielec był z powrotem na quasimolo, ociekając mułem, szlamem i bez butów, które zassało.
– Dlaczego nie krzyczałeś? – zadał synowi pytanie zaalarmowany tata, który jak błyskawica pojawił się na pomoście po dwóch tysięcznych sekundy.
– Bo miałem landrynkę.