Drobiazg

Dareczek, mój kumpel od radosnego zwiedzania zakrętów, coś ostatnio przygnębiony był. Na początku myślałem, że napęd stracił przez falę upałów, która faktycznie wysysała energię i robiła gąbkę z mózgu, ale okazało się, że jednak nie. Zapukał do mnie z „nawódeczką”.
– No i mówię jej, że spoko, że kumam, że no jak tam chce – w połowie butelki Daruniowi rozplątał się język. – Ale w środku gul trochę jednak chodził, no bo myślałem, że na tego typu imprezy to jednak razem pójdziemy.
Ponieważ nie specjalnie orientowałem się w aktualnych zdobyczach jurnego Dario, więc dozapytałem komu co mówi, bo nie jarzę.
– No, Gosi, kurwa, Małgosi przecież! – wyjaśnił precyzyjnie. – Od czterech miesięcy kręcimy ze sobą, mówiłem ci, to ta od urlopu w Dębkach, zajebista, pamiętasz?
– Aaaaa, pamiętam, pewnie. – kiwnąłem głową. Nie pamiętałem w ogóle. W butelce pokazało się dno. Może dlatego.
– I trochę gul chodził, ale umówiliśmy się, że nie będziemy sobie robić jazd. – kontynuował Dario z zapałem. – Że każdy ma prawo do swojego życia, w końcu mieszkamy osobno i że jeśli jedno będzie chciało gdzieś wyjść ze znajomymi czy coś, to drugie to rozumie i w ogóle, nie ma się co napinać.
– No to w czym problem, hm?
– No wiesz, kurwa, myślałem, że takie imprezy jak wesele no to jednak razem… – Dario rozlał po rozchodniaku. Oczy mu się jakieś takie nie tego zrobiły, no ale wydoiliśmy tyle, że ja cały byłem nie tego, więc może to moje oczy były pluszowe.
– Wzięło cię – zawyrokowałem.
– Wzięło, psiamać.
***
Dwa tygodnie potem zadzwoniłem do Dareczka, co by jakiś reset zaordynować i polatać nad miastem. Wpadaj, usłyszałem, ale radości w tym zaproszeniu było tyle, co synaps w mózgu Perfekcyjnej Pani Domu. Raczej bardziej szum.
Mimo to wpadłem. W sensie zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła mi powłoka na Dariusza, bo w środku nie było nic. Oczy nieobecne, twarz nieogolona, wyglądał jak jakiś, kurwa, talib po nieudanym zamachu. Do tego lej po bombie zamiast domu, wszystko rozjebane w cały świat, ciemno, głucho, tępo. Big Lebovski, tylko na smutno.
– O, kurwa… – sapnąłem bezwiednie, bo tu widzę, panie doktorzu, że nawet nie ma co szyć. Usiadłem na jakimś czymś.
– Pamiętasz to wesele na które nie poszedłem z Gośką? – wyleciało echo z pojemnika-na-Darka.
– No, pamiętam. – kiwnąłem wolno głową.
– To było jej wesele.
Szach mat.