Dzielnicowa

– Waldeczku, Waldeczku! – okrągła matrona, kolebocząc się na boki, podtruchtała pod moją pachę. Metr pięćdziesiąt pięć, nie więcej, oceniłem szybko, z wyglądu kula armatnia z sympatycznym obliczem, takim z pućkami i dołeczkami. Rozejrzałem się czujnie po okolicy, ale w alejce z przyprawami i makaronami byłem tylko ja.
– Słucham badawczo – odparłem zatem wywołany, no bo trudno mi było sobie wyobrazić, że waldeczkowała do tagliatelle po 4,99 za kilo.
– Podaj mi, serdeńko, tego takiego, tam o, w tej butelce tej takiej, obok tych-tych, czerwonych takich, no o – pokazywała palcem na te takie te, obok keczupów. – Bo ja nie sięgam, a bym sobie spróbowała, syn mówił, że do rybki to akurat.
Załadowany pod korek, bo znowu nie wziąłem koszyka, wyswobodziłem ósmą rękę i jakoś sięgnąłem po buteleczkę.
– Czy do sałatki mówił…? – trochę ją zawiesiło, bo faktycznie te takie te to do rybki raczej nie tego. – A, i tak wezmę, najwyżej tej jego Soni do domu dam, niech se zrobią klusek – rozpogodziła się po chwili. Do klusek to już bardziej.
Podałem jej grzecznie sprawunek i ruszyłem wolno w kierunku kas. Okrąglutka nie zamierzała jednak odpuścić.
– Zawsze to jak po ogień, rozumiesz, przyjadą tak na pięć minut, czasem to nawet kawki nie odpiją i już muszą lecieć. Bo praca, jakieś zajęcia ciągle jakieś. Ta Sonia jego to chuda taka, że hoho! Kolan ma jakiś suchy, mówię ci Waldeczku, że jak tak czasem siądzie, to mi się wydaje, że toto trzeszczy. Nie to co ja, patrz – to mówiąc zadarła część jednolitego okrycia wierzchniego, odsłaniając przymocowane do pękatej łydki, kolano. Rzeczywiście, wszystko by o nim można było powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest suche.
Dotarliśmy do kas, przy których uformowała się pokaźnych rozmiarów kolejka. Wpakowałem swoje zakupy do koszyka, a tymczasem Okrąglutka płynnie przeszła do dość barwnej opowieści o defektach fizjologicznych poszczególnych elementów swojego organizmu. Po szczegółowym opisie usterki następowała krótka prezentacja, uwzględniająca pokrótce najważniejsze aspekty owejże. Powoli zacząłem krwawić z uszu, ale Okrąglutka miała w sobie, mimo wszystko, tak wiele uroku, że nie bardzo wiedziałem, którędy na Kasprowy. W końcu jednak i mnie zaczęło coś uwierać. Przeskanowałem znajomość od samego początku, od buteleczek w alejce z makaronami po kasy i wyszło. Ten Waldeczek mnie podkłuwiewał. Wyczekałem odpowiedni moment i na wysokości opisu mrowienia pachwin wyprowadziłem celne pytanie.
– Ale dlaczego Waldeczek, hm?
… i to mi się takie zimne robi. Słucham?! – Okrąglutką lekko wygięło. Czułem, że trafiłem w miętkie.
– No, że ja niby, czemu Waldeczek?
Zarumieniła się lekko.
– A bo widzisz, serdeńko, ja mieszkam tam naprzeciwko, nad kwiaciarnią, tam po prawej – pokazała ręką na budynek po drugiej stronie. – No i wszystkich kojarzę, kto tu mieszka w okolicy. I jak mój Władzio, mąż mój, wraca do domu – bo on na zajezdni pracuje – to mu opowiadam wszystko, co się tu u nas w pobliżu dzieje. I żeby mi się sąsiedzi nie mylili, to im imiona nadajemy, żeby wiedział o kim mu opowiadam. No i ty jesteś Waldeczek.