Myjnia

Parę lat temu pomagałem koledze w pracy przy wypożyczaniu samochodów luksusowych. Generalnie robota jak każda inna, tyle, że majtasz fajerą fajnych fur i podstawiasz je pod adresy. Dość szybko nauczyłem się kątem oka łapać załamania na lakierze, wszelkie odpryski, wgniotki i uszkodzenia parkingowe, bo likwidacja szkód z ubezpieczenia obejmowała 90% floty, czyli na przestrzeni roku prawie każdy wracał nie tego.
Zdarzało się, że w południe, pod znaną firmę informatyczną, podstawiałem dziesięć superaut w najbogatszych wersjach, by po kilku godzinach siedzieć, w środku nocy na Okęciu/Ursusie, na krawężniku i obserwować ubraną na biało betkę w empakiecie, z której strażacy wycinają jakiegoś muflona w okularach, bo pomylił życie z Grand Thief kurwa Auto. Nazajutrz firma informatyczna odkupowała wrak i zamawiała nowy. W papierach wszystko hulało. W muflonie nie hulało nic.
Bywało też, że namierzaliśmy własne samochody w zupełnie niespodziewanych konfiguracjach typu „pociągnę kajenem na haku betoniarkę pod wylewkę fundamentów w Busku-Zdroju” i zwijaliśmy je z parkingu atakowani przez pięć pojebanych dobermanów.
Raz w miesiącu robiłem sobie dzień techniczny i ogarniałem cały ten koniomechaniczny majdan wizualnie. Zamiast eleganckiego stroju wbijałem się w jakieś wytarte dżinsy, podartą koszulkę z rumcajsem-czy-czymś, adidasy i dawaj myć to blaszane tałatajstwo. Czyli po kolei wyjeżdżałem z firmy, turlałem się na myjnię, zamawiałem komplet – mycie wnętrza i zewnętrza – i wracałem do firmowego garażu po następny. W międzyczasie wymieniałem popękane ramki rejestracji czy jakieś pierdoły w środku. Te auta kosztowały po 200 klocków, były turboluksusowe, ale po piętnastym takim umytym i odpicowanym miałem na to wyjebane i patrzyłem na nie równie namiętnie, jak Karol Strasburger na rodzinę Ciopków z Biłgoraju. Łgoraja. No, koło Zamościa. Wyglądałem jak bezdomny, od ciągłego klęczenia przy tych cholernych ramkach miałem upaprane kolana, pachniałem choinkami zapachowymi wunderbaumvanilla i generalnie to bardziej-raczej robol niż tomaszkammel.
Pod koniec dnia złapałem się za fajerę Audi Q7 w es-lajnie, najbogatsza wersja, ze wszystkim, absolutnie ze wszystkim – przeszyte czerwoną nicią fotele, dziesiąciostrefowa klima, łopatki w kierownicy, felgi za stomilionów, światła-dyskoteka, kamer pięćset, składany Roger Federer z własnym kortem, replika Kaplicy Sykstyńskiej. Niemcy napchali w niego wszystko co tylko się dało, na koniec polali stukaratowym złotem i dumni zaprezentowali swoje dzieło światu. Coś jak dwulatek, gdy zrobi kupę. Ten samochód wart był prawie pół miliona i faktycznie przykuwał uwagę.
Podjechałem na myjnię, dałem chłopakom kluczyki i, mając dla siebie pół godzinki, wywaliłem się z książką na ławeczce. Po kilku minutach na myjnię wtarabanił się koleś w podobnym Q7. To znaczy model się zgadzał, ale w porównaniu z samolotem, który ja przywiozłem, ten wyglądał trochę jak ubogi krewny, wart maksymalnie ze 300 tysięcy, nie więcej. Czyli bida. Szczerze mnie to waliło, bo pewnie nigdy w życiu nie będę widział nawet z daleka takiej forsy, więc tylko profesjonalnym okiem rzuciłem czym koleś przyjechał, w jakiej wersji i wróciłem do swojej książki.
Tymczasem właściciel kusiódemki odwalał taniec godowy, wersja pro. Wysiadł ze swojej limuzyny odziany w Hugo Bossa, buty-wsuwki z klamerką i złoty zegarek wielkości Jowisza. Do ręki przypięty miał neseserek, na nosie okulary słoneczne pilota RAFu i w ogóle piękny był jak Dżordż Klunej. Prawie mi, kurwa, stanął.
Książę wielkopańskim gestem przywołał jednego z myjących chłopaków, wręczył mu kluczyki i zamówił sobie kawę, bo „chyba macie tutaj ekspres?”. Następnie strzepnął niewidzialny pyłek z ramienia i usiadł, z lekkim wyrazem obrzydzenia, obok mnie. Dobra tam, pomyślałem, każdy ma jakiś własny film, mam cię w dupie cudaku, dla mnie to możesz sobie nawet w jakuzzi siedzieć, bylebyś się do mnie nie odzywał. Wróciłem do książki. Po chwili Książę otrzymał swoją kawę i z laptopem na kolanach zbawiał świat analizując indeks DowJones, ułożywszy obok trzy cochwilapikające telefony.
Po kilkudziesięciu minutach z myjni wyjechało auto, którym przyjechałem. W Kluneja natychmiast coś wstąpiło – momentalnie stracił całą swoją klasę, kręcić się zaczął, spocił się, wstał, dwa kroki w przód, dwa w tył, kompletnie go rozwaliło. Oto zobaczył święty graal i w dupie tam z tymi pikającymi telefonami. Amok jakiś, kurwa.
Mareczek, chłopak z myjni, który samochodem wyjechał, wysiadł, zdjął folię z fotela, wyjął papiery i podszedł do mnie z kluczykami. Podnioslem się w tych poplamionych dżinsach i podartej koszulce, a Księcia jakby chuj strzelił. Dosłownie go wbiło w ziemię. Stał przyspawany do podłoża i nie panował nad mimiką. Patrzył to na mnie to na samolot i nic mu do siebie nie pasowało.
Podpisałem się na kwitku, przybiłem piątkę z Mareczkiem i siadłem za fajerą. Jeszcze pięć dzisiaj, pomyślałem, jeszcze pięć i fajrant. Wyjeżdżając spojrzałem na Księciunia. Drapał się w głowę, a ja prawie słyszałem jego myśli – „Gdzie popełniłem błąd?!”.