Okres próbny

Dwa tygodnie znosiłem beznadziejne zachowanie grubawego zwierzchnika wobec podwładnych, tego samego, który mnie zatrudnił, na okres próbny, w firmie produkującej teksty reklamowe dla jakiegoś portalu sprzedażowego. Dużego. Było wszystko, co najgorsze – ciągłe sprawdzanie, permanentna krytyka, uwagi na temat ubrania, butów, porządku na biurku, sposobów picia kawy, ilości wyprodukowanego materiału, beznadziejne teksty dotyczące rodziców i ich niewydarzonych dzieci. Wszystko było nie tak, wszystko było schrzanione, nic nie nadawało się do czegokolwiek, cokolwiek nadawało się do niczego, facet poniżał każdego i przy każdej okazji i generalnie przeginał pałę o 180 stopni codziennie. Wszyscy łazili na pazurkach, każdy się go bał i nikt nie śmiał się sprzeciwić jego brutalnym, chamskim atakom. Wiedziałem, że prędzej czy później przypieprzy się do mnie, ale jakoś, przez te pierwsze dwa tygodnie, traktował mnie jak powietrze. Praca przestała mi się podobać po pięciu minutach, więc mój stosunek do jego krzyczących dyspozycji generalnie był dość olewczy. Wszelkie idiotyczne zarządzenia, jakimi było poobwieszane biuro, miałem w dupie i ostentacyjnie jechałem sobie pod prąd, wykonując to, co do mnie należało i nic ponad normę. A jak mi się chciało kawy w środku dnia, to po prostu szedłem sobie do kuchni i ją robiłem, olewając cały skomplikowany grafik, jaki góra ułożyła w tym celu. Po kilku dniach miałem serdecznie dość napiętej atmosfery w miejscu pracy, więc włóczyłem się po budynku z pełną kieszenią różnych korkociągów-od-wyobraźni. Czułem, że zbierają się nade mną czarne chmury, ale wisiało mi to, a mój stosunek do upośledzonego zwierzchnika pogarszał się z każdym kolejnym dniem i słowem przez niego wypowiedzianym. Lemingi próbowały mnie konfidencjonalnie ostrzegać, ale były przy tym tak obsrane, że gdy pytałem czemu nic z tym nie zrobią, wycofywały się ze wszystkiego i zanurzały nosy w komputerach, udając, że nic nie mówiły. Beznadziejny klimat. Korpotwórcy, bohaterscy po osiemnastej, gdy zejdą z taśmy. Pies ich trącał.
– Czy ty jesteś normalny? – usłyszałem za którymś razem za plecami głos kierownika. Aż podskoczyłem. Kurwa, jak ja nie lubię, jak ktoś mnie tak przestrasza. Przelęka.
– Jestem zupełnie normalny – odpowiedziałem całym zdaniem, szukając jakiejś ścierki. Papieru. Czegokolwiek.
– Nikt normalny nie wymiotuje na klawiaturę w pracy, do jasnej cholery! – wykrzyczał szef-debil, specjalista od wychylania się spod ziemi i straszenia.
– Nie krzycz na mnie – starałem się zachować zimną krew. – Każdy normalny człowiek zrzygałby się po trzydziestu siedmiu tabletkach acodinu.
Debila zaskoczył mój spokój. Ledwo go widziałem. Do tego na czarno-biało. W głowie mi wirowało jakby mój mózg rozparł się w foteliku na karuzeli łańcuchowej.
– Jak to, gdzie, jakiego acodinu..!? – wydukał.
– To taki lek. Przeciwkaszlowy. – wyjaśniłem rzeczowo.
– Ale na co… – Wielki Pracodawca nie bardzo potrafił sklecić sensowne zdanie. Albo ja słabo słyszałem. – Po co to bierzesz? – dokończył ostro na bezdechu, podnosząc brwi. Gdyby nie linia włosów, te brwi powędrowałyby mu na plecy. Mogło mi się wydawać, ale stawał się coraz bardziej podobny do tego dziwacznego, grubawego wujka z rodziny Adamsów. Taki mnichowaty jakiś się robił. Przez te brwi, kurwa.
– Bo po trzydziestu siedmiu tabletkach relanium to bym się przekręcił. – posługiwałem się faktami, bo pomyślałem, że nie ma co kombinować, debil to służbista, tylko fakty do niego przemawiają. Gdzie ta pieprzona ścierka? Strasznie śmierdziało.
– Co?! – zwierzchnik wybałuszył na mnie oczy. Teraz wyglądał jak zaskoczony miś. Jak on to robił, że ta jego twarz co chwila przyjmowała inny grymas, całkowicie resetujący poprzednią minę? Zastanawiałem się przez chwilę, czy go o to nie zapytać, ale zrezygnowałem, bo zapomniałem, o co miałbym go zapytać.
– Masz jakąś chusteczkę czy coś? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, bo jakoś nie mogłem się skupić na tych jego mimicznych wygibasach i kręciło mi się w głowie. Do tego głośno mi się odbiło.
– Wyjdź stąd! Wyjdź stąd natychmiast! – mój mnichopodobny adwersarz rozdarł się na całe pomieszczenie, w którym siedzieliśmy. Oczy mu zniknęły w fałdach policzków, wszyscy się na nas patrzyli, śmierdziało coraz gorzej, sytuacja stanowczo zaczęła wymykać się spod kontroli, wszystko stawało się coraz bardziej czarno-białe.
– Co wyjdź, gdzie wyjdź, nie widzisz, że tu wszystko jest upierdolone? Całe spodnie mam mokre – niby go słuchałem i coś tam odpowiadałem, ale bardziej mnie pochłaniało znalezienie jakiejś szmaty, chusteczki czy czegokolwiek.
– Głuchy jesteś?! – ryknął grubas i naparł bebzolem, odpychając mnie od biurka. Ważył ze 110 kilo. Skoczyło mi ciśnienie.
– A ty pierdolnięty! – huknąłem w odpowiedzi, bo z tych nerwów to mi znak zapytania w jego krzyku umknął i odwróciłem się akurat w chwili, gdy próbował mnie popchnąć tym swoim brzuchem po raz drugi. W ułamku sekundy odskoczyłem i jakoś tak odruchowo sięgnąłem, przy okazji, po tę zarzyganą klawiaturę i go pacnąłem w ten nalany ryj. Klawiatura poszła w drobny mak, a grubasa wyeksmitowało na sąsiednie biurko.
– Nawet, kurwa, nie próbuj! – krzyknąłem, widząc, że oczy zaszły mu krwią i z wściekłością podnosi swoje cielsko z rozpieprzonego stolika. Momentalnie ostygł i tylko tak klęczał na jednym kolanie i krwawił z rozbitego nosa, patrząc spode łba. Jakiś kabel z resztką klawiatury wisiał mi w ręce. Zarzygany. Rzuciłem nim pod nogi grubego idioty i odwróciłem się w stronę drzwi.
Ledwo się trzymałem na nogach. Musiałem wyglądać jak jakiś wilkołak czy inny zombie, bo wszyscy stali jak wryci i się gapili, choć na niektórych twarzach błąkał się uśmieszek. Chyba pierwszy raz ktoś potraktował tego kutasa tak, jak na to od dawna zasługiwał. Ruszyłem do wyjścia.
W drzwiach od windy natknąłem się na dwóch stupięćdziesięcioletnich ochroniarzy, w tych za dużych marynarkach z plakietkami i archaicznymi radionadajnikami wielkości pralki, którzy pędzili na miejsce zdarzenia, obaj groźni jak bracia Mroczek. Uśmiechnąłem się do nich krzywo, wskazałem palcem górę i, pomagając sobie ścianą, namierzyłem śmietnik przy wejściu. Czarno-biały. Mijając go, wyrzuciłem magnetyczną korpokartę, uprawniającą do swobodnego poruszania się wewnątrz biurowca i wyszedłem na zalany słońcem dziedziniec.