Najbliżej.

Jak sobie siedzisz na schodkach z blantem przyklejonym do wargi i kolorowym filmem z drugiej strony powiek, to raczej średnio wkręcająca jest perspektywa turlania się na drugi koniec świata. Czyli na obwodnicę miasta, w celu pomocy Jaśkowi, bo rzeczony podmiot liryczny miał dzwona. W sensie, że przyjebał w coś autem. To znaczy chyba-dzwona, bo jak człowiek się w środku zaokrągla, to mu przekaz bulgocze i średnio rozróżnia dźwięki jakie wypluwa słuchawka.
No, ale dzwon-nie-dzwon, wiadomo, wzywamy kawalerię. Dokonałem szybkiego przeglądu zasobów, których efektem był telefon do Panarysia z pierwszego, żeby za flaszkę pofrunął swoim Parchatkiem na miejsce zdarzenia i pomógł nam usunąć skutki tegoż. Panrysio, jak to Panrysio, gdy tylko w tle pojawiły się promile, zeskoczył z tapczanu, wdział Kuboty i w zasadzie był gotowy do akcji.
Akurat wszystko mi zaczynało migać i zrobiłem się w środku miękki, toteż wpłynąłem sobie na suchego przestwór oceanu, a Panrysio, wrzuciwszy na pakę sznuryszeklezaczepy, chwycił za fajerę i ruszył z odsieczą. Po drodze, jakoś na raty, dogadałem się ze swoim telefonem i namierzyłem zjazd z trasy, przy którym Janek się rozwalił. Próbowałem zatem Panemrysiem pokierować, ale ponieważ gdzieś wewnątrz mnie ukonstytuowała się, tymczasowo, jakaś zapiekła niechęć do wykonywania manewru typu skręt w prawo, to popierdoliłem wektory i nas wygoniłem na drugi koniec obwodnicy.
Po oderwaniu mi głowy i wbiciu w korpus łyżki do opon, Panrysio przejął stery i sam się jął nawigować, co mi w sumie pasowało, bo trzymanie ręki na pulsie wydarzeń trochę mnie, w zaistniałej sytuacji, przerastało.
Po około jedenastu latach dolecieliśmy do naszego rozbitka, tylko tak jakoś mało fortunnie, bo dzieliły nas bariery i pas zieleni. Czyli my po jednej stronie, Jasio po drugiej. Faktycznie, pomyślałem, coś z tymi wektorami to nie bardzo. Nie odezwałem się jednak ani słowem, bo Panrysio już omiatał wzrokiem przestrzeń w szoferce, w poszukiwaniu jakiejś zapasowej łyżki do opon.
– Dobra, Panieryśku – odezwałem się w końcu rezolutnie. – Trochę panu nie poszło, ale się pan nie martwi, następnym razem ja poprowadzę.
Spojrzał na mnie dziwnie, trochę jak Anthony Hopkins w „Milczeniu owiec”, ale ja ciągle byłem w środku kolorowy, więc przejąłem się tym wręcz-przeciwnie.
– No, teraz to już nie ma co tutaj tak stać bez sensu – zatarłem dłonie, zadowolony z pomysłu, który właśnie mi wpadł był do głowy. – Ja polecę z buta na drugą stronę, a pan niech się zawinie na najbliższym węźle i do nas wraca.
Wygramoliłem się z szoferki i dziarsko podreptałem ku barierom. Rysiowi opadły ręce, pokiwał tylko głową i ruszył Parchatkiem szukać brodu.
Jakoś się przedarłem na drugą stronę i dotarłem do miejsca katastrofy. Janek, chłop wielkości Sulejówka-albo-Płońska, z tymi łapami jak szufle do odgarniania śniegu, nie wyglądał za wyraźnie. Ni to siedział ni kucał daleko za autem i generalnie w jakimś takim szoku był. Obejrzałem sobie najpierw samochód, ale nie znalazłem żadnych śladów wypadku, nic, nawet pół zadrapania, ani kropli flaków pod spodem, cisza, spokój, migające awaryjki.
Podreptałem zatem do kumpla i dopiero wtedy zobaczyłem, że siedzi sobie obok wróbelka, który raczej już nie tego. Janek spojrzał na mnie smutno i powiedział, że nie jechał za szybko, bo tu jest zaraz taki zjazd za ekranami, no i trzasnął szybą tego malca, no i się zatrzymał i pobiegł do niego, ale już było za późno, bo wróbcio wyzionowywał ducha, więc jedyne co mu przyszło do głowy, to żeby nie umierał sam i żeby ktoś z nim posiedział, więc tak tu siedzi obok niego i chyba już mały nie żyje.
Było coś w tym jego głosie takiego, że nie odezwałem się ani słowem, tylko siadłem obok i tak sobie obaj siedzieliśmy przy ptaszku. W ciszy.
***
Tak sobie teraz myślę, że najbliżej gdy cicho.