Pępowina

Rozwala mnie bieżąca sraczka nad dzieciakami, które zewsząd dostają bany od starych, żeby się przypadkiem nie spociły. Jakiś malec wbija na drzewo koło mojego domu, a jego matka marki Maria-dla-przyjaciół-Mery z ajfonem i rajbanami na bladym ryju, piłuje chałapę na pół ulicy, żeby na-ten-tych-miast! schodził, bo spadnie i ona wtedy się zabije. I Indiana Jones zwiesza łepek i schodzi, bez kawałka siusiaka, którego mamusia tak czule odcina.

Po chwili podjeżdża Jejkrzysiek, konkubent w galendzie AMG, która była premierowym zakupem jak mu pierwsze krypto z lewej kopalni na Mauritiusie wypadły. Krzysiek całą energię zużył na marysinych gaci eksplorację, więc brakuje mu mocy by w Indianę czas zainwestować i jakoś tego ciachniętego siusiaka autorytetem połatać. Zresztą stopa zwrotu niska, bo chłopiec nie jego, a te trzy sztuki co jego, to kontakty utrudnione, bowiem mieszkają w trzech miastach z różnymi matkyma o fikuśnych imionach i obowiązek alimentacyjny przegrywa z optymalizacją podatkową frywolnego kryptogórnika.

I jadą wszyscy tą krzyśkową galendą na lancz do Marka, prywatnie ojca Indiany, któremu prąd odcięło jak mu kominiarze z ABW o 5 rano na kwadrat z drzwiami weszli i on wtedy poczuł, że jedynym wyjściem jest zmiana ogniskowej, więc od tamtej pory Marek jest Marzenną i z Indianą o siusiakach raczej nie gada.

***

Jest i druga strona. Mnie wychowała dżungla. Jak się urodziłem, to musialem przegryźć pępowinę, żeby starych nie obudzić. A matka, jak wytrzeźwiała i się zorientowała, że nie jestem dziewczynką, to mnie wypisała z zajęć, kurwa, rytmiki. Mialem wtedy 13 lat.
Nic nie wiesz o samokontroli jeśli nie stałeś w samych rajtkach, wśród gromady wygiętych lasek, próbując opanować erekcję.