Uwaga

Trochę mnie ta lodowata aura wyjebutała poza nawias, bo co chwila przyczepia się jakieś mikrogówno, nic wielkiego, drobiażdżek, ale zsumowany uświadamia mi, że mnie tu nie ma, niemamnietu. Dreptałem sobie spokojnie na przystanek, okutany w te pięćset warstw ciuchów z czapką pod same oczy, kapturem na głowie i słuchawkami na uszach, gapiąc się pod nogi, bo widok ołowiu i stuodcieniszarości powyżej wysysał ze mnie resztki światła i niespecjalnie napawał optymizmem. Nagle, ni stąd ni z owąd, wpierdoliłem się w kogoś z impetem, aż jęknęło. Wiedziałem, że moja wina, bo ostatnie pięćset metrów byłem na Wyspach Zielonego Przylądkai nie pamiętałem ni cholery jak dotarłem w to miejsce, więc na odruchu poleciałem na autopilocie, że „najmocniej przepraszam, to niechcący, nie zauważyłem”, a że te słuchawki na uszach, to zamiast cichutko, elegancko wytłumaczyć, to wydarłem mordę z tymi przeprosinami na cały regulator. Ułamek sekundy później podniosłem głowę i okazało się, że przyjebałem w słup na przystanku, a zgromadzeni tłumnie pasażerowie pospadali z ławek ze śmiechu.